🗻 50 Twarzy Tindera Fragment

Find many great new & used options and get the best deals for 50 twarzy Tindera - Joanna Jędrusik at the best online prices at eBay! Free shipping for many products!
To książka nie tylko o przygodach na jedną noc i idiotach, których można spotkać wszędzie. „50 twarzy Tindera” opowiada o bliskości, czułości, rozczarowaniach, poszukiwaniach sensu i wszechogarniającej samotności na którą cierpimy, choć towarzystwa nam nie brakuje. Kiedy dostałam e-maila z zapowiedzią tej książki miałam mieszane uczucia. Sama nigdy nie miałam Tindera, ale z opowieści znajomych i przeczytanych artykułów w zagranicznej prasie doskonale wiedziałam jak się z niego korzysta. Znałam historie o randkach kończących się dzikim jednorazowym seksem, o głębokim rozczarowaniu, że „jemu chodziło tylko o jedno”, ale też i takie, które swój finał miały na ołtarzu. Kilkoro moich znajomych poznało na Tinderze swojego męża lub żonę. Ale oni w kontrze do bohaterów 50 twarzy Tindera stanowią ułamek, są jak wygrany los na loterii, jeden na milion. To dobrze, bo obawiałam się książki o łóżkowych podbojach kończącej się happy endem (jakkolwiek by to nie brzmiało). Książka Joanny Jędrusik owszem, jest autobiograficznym zapisem jej przygód, doświadczeń, partnerów, związków i relacji, które nawiązała dzięki Tinderowi, ale przy tym wszystkim pozbawia nas złudzeń, odziera z marzeń o znalezieniu tam wielkiej miłości, zakochaniu od pierwszego wejrzenia. Raczej pokazuje, jak dziś relacje między ludzkie są skomplikowane, albo inaczej – jak skomplikowały lub ułatwiły je takie aplikacje jak Tinder. Pokazuje jak trudno jest radzić sobie z samotnością, połamanym życiorysem, rozstaniem i złamanym sercem, i jakim lekarstwem może okazać się dla wielu ta aplikacja. To też książka o odkrywaniu własnych granic, własnej tożsamości, znajdywaniu przyjemności, hedonistycznym podejściu do życia i seksu, o czerpaniu, ale też dawaniu, o poszukiwaniach własnego miejsca gdzieś między szalonym (lub smutnym, jak kto woli) życiem singla, a statecznymi znajomymi z dziećmi, mieszkaniem na kredyt i pracą w korporacji. Ta nowa aplikacja randkowa łączy ze sobą ludzi, którzy nienawidzą tych samych rzeczy! Jedni zachwycą się ilością doznań, opisami eksperymentów (Jędrusik w miarę szczegółowo opisuje kolejne relacje z partnerami poznanymi na Tinderze), a także ogromem możliwości – jeżeli jest się otwartym i chętnym, w zasadzie seks bez zobowiązań (w każdym możliwym układzie) może towarzyszyć nam każdego dnia. Wielu z Was prawdopodobnie ściągnie apkę już po przeczytaniu kilku stron. Bo takie życie jest kuszące. Nie brak w nim bodźców, uwagi, poczucia, że jest się piękną, adorowaną, świetną w łóżku, że ktoś się nami interesuje, zabiega o nas, ktoś nas docenia. Nawet jeżeli tylko czasem przez jedną noc. Łatwo i szybko można zbudować na tym swoje poczucie wartości lub odbudować je ze zgliszczy poprzednich relacji, o czym pisze autorka. Pokazuje też, że Tinder uzależnia. Uzależnia adrenalina związana z tym, kogo tym razem spotkamy, co z tego wyniknie, napływ komplementów, świadomość bycia potrzebną i pożądaną. Nie mówiąc już o seksie, jakiego się w życiu nie miało. Ale za to niektórzy z Was wraz z ostatnią stroną książki mogą skasować Tindera i poczuć chęć rozpoczęcia życia na nowo, nawiązania relacji na innych warunkach, bez przewijania w prawo lub lewo. Zrobią rachunek sumienia, tak jak Joanna Jędrusik. Autorka nie ukrywa, że wśród swoich 50 twarzy Tinder ma także swoje mroczne oblicza. Porusza wątek molestowania seksualnego, nadużyć i godzenia się na seks, własnej godności i bezpieczeństwa. Są narkotyki, alkohol, nałogi i autodestrukcyjne zachowania, zdrady, brak szacunku, a także odkrywanie różnic klasowych. I ta ostatnia kwestia otwiera ciekawy wątek poznawania ludzi, których w normalnych warunkach nie mielibyśmy okazji spotkać. Bo różni nas wszystko – pochodzenie, wykształcenie, zainteresowania, podejście do życia i szeroko rozumiany kapitał kulturowy. To właśnie te osoby dały Jędrusik spojrzenie na rzeczy dla niej nieznane, na historie, które nigdy wcześniej nie dotyczyły jej życia. Dzięki nim wydaje się, że zyskała większą wrażliwość i wyrozumiałość. Bo jak sama napisała na samym końcu – całe to doświadczenie było dla niej ogromną nauką. Jak usunąć Tindera i zniknąć z niego na zawsze? Tłumaczymy krok po kroku Dlatego nie traktowałabym tej książki jako poradnika o randkowaniu, choć takie określenie widnieje na okładce. To raczej szczera analiza jakiejś części społeczeństwa skupionego wokół Tindera, oparta na własnych doświadczeniach i wielu obserwacjach autorki. Dla mnie to obraz relacji damsko-męskich i całe spektrum trudności w ich nawiązywaniu oraz utrzymywaniu. A także opowieść wcale nie o poszukiwaniu miłości (a przecież wydawałoby się, że to cel naszego życia kochać i być kochanym), ale wszystkiego, co pozwoli nam zagłuszyć w życiu to, czego większość z nas panicznie się boi – samotności. Dla każdego, jak pokazuje ta książka, jest ona czymś innym. Czasem krzyżujemy z kimś nasze samotności i wychodzą z tego związki, przyjaźnie, relacje. Z tych krzyżówek rodzą się mieszańce, mniejsze samotności, skundlone, bękarcie. Nie są ani samotnością, ani miłością. Ojciec miał rodowód, ale matka była kundlem parkingowego. Mieszanka jest zawsze niejednorodna. Jakaś relacja ma odstające uszy niczym rasowa samotność, ale sylwetkę miłości. I tak dalej. W moich relacjach gen samotności jest dominujący 369 views, 7 likes, 0 loves, 0 comments, 1 shares, Facebook Watch Videos from Fabric Square: Fragment naszego występu w DOMie na XXVI FETA festiwalu. W fiolecie nam do twarzy ;)

Tytuł50 twarzy Tindera AutorJoanna Jędrusik Językpolski WydawnictwoWydawnictwo Krytyki Politycznej ISBN978-83-66232-29-7 Rok wydania2019 Warszawa Wydanie1 Liczba stron288 Formatmobi, epub Krótkie streszczenie: Szukasz sensu na jedną noc? A może seksu na całe życie? Polizwiązku z kilkoma fajnymi osobami? Stałej, monogamicznej relacji? Dalej nie możesz znaleźć miłości? A może była, ale się skończyła? Na Tinderze możesz znaleźć to wszystko, a nawet więcej. Asia Jędrusik korzystała z tej apki tak intensywnie, że momentami aż bolał ją kciuk od przewijania potencjalnych partnerów. I tylko raz umówiła się na randkę z fanem Breivika. Czytając jej przygody na przemian chce się płakać i wybucha się śmiechem. Nie zdziw się jednak, gdy w przezabawnie opisywanych przez nią randkach, odnajdziesz portrety osób przypominające twoich znajomych. 50 twarzy Tindera to fascynujący autobiograficzny reportaż o poszukiwaniu bliskości, seksu i sensu, praktyczny poradnik randkowania i obsługi relacji damsko-męskich. Dieses Produkt wurde noch nicht bewertet Ihre Meinung aby wystawić opinię.

MARTIN TINDERA Obituary. age 72. He is survived by his wife of nearly 50 years Carolyn (nee Henson) Tindera; son Chris Tindera (Carey), and twin daughters Candi Christner (Tim), and Mandy Jablonski (Matt); grandchildren James, Jack, Jenna, Lauren, and Brooke; brothers Jerry and John (Cathy); and sisters Phyllis and Jan (Ron); and many nieces
Gdzie dobrym sposobem na podryw jest znajomość historii polskich występów na mistrzostwach świata w piłkę nożną, a gdzie raczej wspólny kurs Uberem share lub umieszczenie w tinderowym opisie słowa "professional"? Joanna Jędrusik, autorka bestsellerowych "50 twarzy Tindera" wraca z nową książką, a jej fragment możecie przeczytać już teraz. Tekst jest fragmentem książki "Pieprzenie i wanilia", kontynuacji bestsellerowych "50 twarzy Tindera". Joanna Jędrusik nie byłaby sobą, gdyby znów nie pisała o seksie i randkach. Tym razem jednak za tło jej pikantnych przygód służą podróże po USA, Peru i Meksyku. Te pełnokrwiste historie z Tinderowych podbojów obu Ameryk czyta się jak powieść przygodową, a przy okazji można zajrzeć do słodko-gorzkiego świata dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków po obu stronach Atlantyku. pieprzenie-i-wanilia Foto: mat. partnera Rano jemy śniadanie na eleganckiej porcelanie w kwiatki, która wygląda jak podp**rdolona z pałacu Schönbrunn. Dość komiczne wrażenie sprawiają na niej jajecznica i tosty. Prawie spodziewałam się foie gras, ortolanów i niewielkich, pięknie podanych arcydzieł kuchni fusion z artystycznymi esami-floresami z sosu wokół jedzenia przystrojonego płatkami kwiatów. Jajecznica jest spoko, Mike przeprasza, jest wyraźnie zażenowany, że nie ma nic innego. W pewnym momencie przerywa jedzenie i wstaje gwałtownie od stołu. – Wiesz co? Jedźmy do sklepu, kupimy coś lepszego! Masz czas? – Jasne. – Zgadzam się chętnie, za granicą zawsze ciekawią mnie supermarkety i lokalne żarcie. Parkujemy po kilku minutach pod dość eleganckim marketem. W środku ładniej niż w Almie, wszystko bio i organiczne, warzywa i owoce pakowane w papier i tekturę, a nie plastik i styropian. Mike bierze mnie za rękę. – Lubisz mango? Mogę zrobić sok. Zanim zdążę odpowiedzieć, wkłada do wózka karton z dwoma owocami. – truskawki? Maliny? Czereśnie? – Lubię. Założył chyba, że wszystkie, więc ładuje po kolei do wózka. Następnie spędzamy dobry kwadrans na wybieraniu serów. A właściwie Mike pyta, pokazując mi kolejne, czy je znam, a kiedy słyszy, że nie, wrzuca tacki z serami do wózka. Potem pora na pachnące pieczywo, pomidory, papryczki („na wszelki wypadek” bierze cztery rodzaje), jajka, jogurty i masę innych rzeczy. Dwie butelki cydru, świeży soku z granatów, japońską wodę mineralną. Mike orientuje się, że nie mamy nic słodkiego. Myślałam, że ma na myśli nutellę, ale gdzie tam. Zgarnia z półki kilka czekolad, babeczki, florentynki z Francji. Ciągle zachęca mnie, żebym wrzucała do wózka to, co lubię, ale nie dość, że nie ma tam niczego, czego nie lubię, to w dodatku tyle tam żarcia, że nie mogę się na nic zdecydować. W końcu zauważam szkockie herbatniki, tryumfalnie przynoszę opakowanie do wózka, akurat kiedy Mike ładuje tam pudełko kolorowych makaroników i długie bagietki. Patrzy na mnie z aprobatą, zadowolony, podchodzi i ogląda paczkę. I nagle kurczy mu się twarz. Wybucha płaczem. Kuca, chowa twarz w dłoniach. O ku**a. Odruchowo klękam przed nim i go obejmuję. – Tylko tego chciałem, tylko tego chcę – bardziej łka, niż mówi. Przez chwilę nie wiem, co zrobić, zakładam, że nie chodzi mu o szkockie herbatniki, na których odkrycie czekał całe życie. Przytulam go delikatnie. – Tylko tego chcę w życiu – mówi, płacząc mi w ramię. – Kogoś takiego jak ty. I żebyśmy mogli chodzić razem do Trader Joe’s. Właśnie stoję twarzą w twarz z kolejnym wcieleniem Potwora Samotności. Czającego się pod każdym łóżkiem, straszącego ludzi niezależnie od płci, rasy i szerokości geograficznej. Takiego, który wcale nie przechodzi z wiekiem, przeciwnie, straszącego dorosłych. Najbardziej nieuchwytnego. Takiego, którego nie pokonają lekarze, nie da się go przegonić pieniędzmi, masą nowych wrażeń, ciężką pracą. Nie da się znaleźć kogoś na siłę. Można mieć pecha i nie znajdować latami. O tym ostatnim wiem więcej, niżbym chciała. Trochę pomaga ten Tinder, w końcu gdyby nie apka, tobyśmy się nie spotkali, każde z nas spędziłoby wieczór w samotności, ja – grając w stare gry albo czytając, Mike – pewnie oglądając designerskie meble w sieci przy dźwiękach Dusty Springfield. – Rozumiem cię. – Nie rozumiesz – łka Mike. – Od dwóch lat nie spotkałem nikogo, kto by spędził ze mną noc, z kim mogłem rozmawiać o Franzenie i Lynchu i z kim byłoby mi dobrze. Może facet ma większego pecha niż ja? Ja spotkałam przecież ludzi, z którymi było mi fajnie. Chociaż to żadne pocieszenie, z żadnym z nich nie wyszło, większość po prostu nie szukała związku, okazywało się, że są alkoholikami, sku**ielami albo że po prostu, po kilku spotkaniach, robiło się nudno. Albo, że widzieliśmy się w przejeździe, przelotem. Właśnie tak może jest właśnie ze mną i Mikiem. Kto wie, czy nie byłoby fajnie? Ale w innym miejscu, w innych okolicznościach. Za dwa dni lecę do San Francisco, przecież nie zmienię planów, bo ktoś się rozkleja nad paczką Walkersów. Mnie też smutno, ale już dawno przestałam przez to płakać. Czasem czuję przeszywający smutek, niech będzie. Ale poza PMS-ami (które rządzą się swoimi prawami) nie zdarza mi się już płakać ze smutku, z samotności. Może dla Mike’a to wszystko zbyt proste? Tak, fajnie nam się gada o literaturze i filmach. Ale to mija. O czym byśmy rozmawiali po miesiącu? Czy gdybyśmy byli blisko, to faktycznie bylibyśmy mniej samotni? Siedzimy pod regałem z ciastkami, wpatruję się w ścianę czekolad Hershey’s, nie ruszamy się, ktoś tu zdecydowanie musi ochłonąć. A ja trochę dla żartu snuję w myślach wizję związku z Mikiem. Albo kilka wizji. Alternatywnych zakończeń, wszystkich całkiem różnych, ale całkiem prawdopodobnych. Na przykład wstajemy z podłogi. Mike mówi, że to bez sensu, że rzućmy wszystko, zostawmy ten koszyk, jedźmy do Vegas i zróbmy to, co ludzie robią w romantycznym szale – ohajtajmy się za osiemdziesiąt dolarów w jakiejś podłej kaplicy. Moja wiza jest ważna jeszcze przez dwa miesiące, ale przecież po wzięciu ślubu mi ją przedłużą. Wprowadzam się do Białego Domku. Co dwa dni jeździmy na zakupy do Trader Joe’s, dwa razy w tygodniu na targ z organicznym jedzeniem. Kupujemy drugą lodówkę, bo w pierwszej się nie mieścimy. Nie mam tu co robić, ciągle jest gorąco, wokół domki jednorodzinne po horyzont. Nie mam prawa jazdy i nie mogę go zrobić, póki nie dostanę prawa pobytu. Uwięziona na przedmieściach Pasadeny, zaczynam kompulsywnie gotować, coś trzeba z tym całym żarciem zrobić. Mike’a nie ma całymi dniami, ale kiedy wraca, jego ukochana żona serwuje mu ośmiodaniowe kolacje przy świecach. Ściągam sobie na czytnik Jadłonomię i przechodzimy na weganizm, gotowanie jest jeszcze ciekawsze, eksperymentuję. Zakładam za domem organiczny ogródek, zaczynam uprawiać swoje warzywa, najpierw zioła i szczypior, potem coraz bardziej się rozpędzam, w tym klimacie wszystko rośnie w mig, przerzucam się na pomidory i cukinie. Biorę się też za hodowanie porządnej marihuany dla Mike’a, ta lecznicza jest dosyć droga, a ja lubię ogrodnictwo. Wydajemy majątek na nasiona, system nawadniający i organiczne nawozy. W wolnych chwilach mam poczucie, że odsuwam się od świata, nie za bardzo widuję ludzi, najwięcej czasu spędzam (nie licząc swojego zapracowanego chłopaka) w towarzystwie pomidorów, blendera, foremek do pieczenia, misek, garnków i kolejnych książek kucharskich. Szybko tyjemy. Oboje. Po kilku miesiącach wyglądamy jak kartofle, Mike nie ma siły ćwiczyć, ja nigdy jej nie miałam. Przestajemy uprawiać seks, on nie może patrzeć na moje wielkie uda, ja nie mam ochoty chodzić do łóżka z typem, który w trakcie poddusza mnie swoim wielkim brzuchem, a tak w ogóle to się boję, że od tego wysiłku je**ie na zawał. Zaczynamy się kłócić. Rozstajemy się w trakcie zakupów w organicznym warzywniaku, rzucając w siebie wyzwiskami i leżącymi pod ręką główkami kalafiora. Wracam z płaczem do Polski, nawet w samolocie jest awantura, jestem tak gruba, że każą mi zapłacić za miejsce obok, bo moja dupa nie mieści się w fotelu. No dobra, przecież nic takiego by się nie stało. Raczej mało prawdopodobne. Ale może inaczej, inna historia. Mówię Mike’owi, że jasne, jest wspaniały, ale mam zaraz lecieć na miesiąc na Alaskę, co zawsze chciałam zrobić. Odwozi mnie na lotnisko, w samochodzie długo płaczemy, bo to aż miesiąc. Na Alasce jest ekstra, ciągle ze sobą rozmawiamy na Messengerze, myślę o nim ciągle. Aż na tydzień przed wyjazdem zapada cisza. Po dwóch dniach Mike pisze, że przeprasza, ale kogoś poznał. Za proste? Ale najbardziej prawdopodobne. A może jeszcze inaczej… Jest idealnie. Zostaję z Mikiem. Dogadujemy się cudownie, poznaję jego rodziców, znajomych. Wszyscy mnie uwielbiają. Kiedy wracam z joggingu, koty witają mnie w progu. Mój wspaniały chłopak kupuje mi rower, na którym zwiedzam okolicę. Uczy się polskiego, żeby mógł rozumieć język, w którym mówi się w moim kraju (na nic tłumaczenie, że wszyscy moi znajomi i bliscy znają angielski). Trzy razy w tygodniu wozi mnie na UCLA, żebym mogła sobie posłuchać fajnych wykładów z socjologii i filozofii. Nadrabiam teksty ledwo ruszone na studiach, pochłaniam kolejne książki – cytując klasyka: bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i, ku**a, jestem jak brzytwa. Na zajęciach, na które chodzę jako wolna słuchaczka, coraz częściej zabieram głos, zaprzyjaźniłam się najpierw ze studentami, a potem z będącymi trochę bardziej w moim wieku adiunktami. Mike cieszy się jak głupi, że mam znajomych, regularnie zapraszamy wszystkich na kolację, Biały Domek huczy od rozmów o tym, czy populizm wykończy świat, o przyszłości demokracji parlamentarnych, czy faszyzm wróci, czy Marks miał rację i czy Hegel jeszcze się w ogóle do czegokolwiek nadaje. Pewnego dnia Mike wraca z pracy jakiś inny. Jest rozdrażniony. Wydaje się, że bez powodu. Pierwszy raz się kłócimy. Pierwszy raz widzę swojego chłopaka wkurwionego, krzyczy i wyrzuca mi wszystko, od tego, że kotka Helen choruje przeze mnie na żołądek (zmieniłam jej karmę), po moje włosy, które znajduje na umywalce. Wyzywa Kemala, Changa i Kate, moich ulubionych znajomych z UCLA od pie**olonych komuchów. Kłócimy się, zasypiam zapłakana na ganku z dopitą w połowie butelką whisky w ręce. Nad ranem budzi mnie Mike, płacze, przeprasza, klęka przede mną, mówi, że nie wie, co w niego wstąpiło. I wszystko wraca do normy. Na tydzień. Mojemu facetowi znowu od**erdala, tym razem wrzeszczy, że jestem taka jak jego matka (Meg, przemiła, zaczytująca się w Jackie Collins ekstrawertyczna księgowa z San Francisco, nie przypomina mnie dokładnie w niczym), że spiskuję z jego siostrami przeciwko niemu, że chcę go omotać i wolałabym mieć męża prawnika. Zwłaszcza to ostatnie byłoby zabawne, gdyby nie okoliczności, w jakich Mike to wykrzykuje. Właśnie rozpieprzył porcelanową żabę o stolik z Fendi Home. Po kolejnej takiej akcji dzwonię do Meg, która natychmiast przyjeżdża z siostrą Mike’a. Opowiadają, że mój chłopak ma mocną dwubiegunówkę i że od dwóch lat nic się nie działo, a teraz najwyraźniej choroba wróciła. Mike trafia na kilka tygodni do zakładu, gdzie faszerują go litem, w tym czasie coraz częściej towarzyszy mi Kemal, który nie może już patrzeć, jak cierpię. Proponuje, żebym nie siedziała sama w Białym Domku i zamieszkała na jakiś czas z nim, jeżdżę od niego codziennie karmić koty. Kiedy Mike wychodzi ze szpitala, jest otępiałym warzywem. A ja nie myślę o niczym innym, tylko kiedy znowu będę się pieprzyć z Kemalem. Taki lajf. Ile takich alternatywnych historii można by napisać? Nieważne. Ważne, że szanse na to, by wyszło z nas cokolwiek mającego szanse na przetrwanie, są bliskie zeru. Ludzie, kiedy się poznają, mają przeświadczenie, że są razem idealni, że powinni wszystko rzucić i być razem na zawsze. Nie znają siebie nawzajem, nie wiedzą nic o swoich rodzinach, historii, chorobach, demonach, które ich prześladują, nie znają nawyków drugiej osoby, małych paranoi, dziwactw, nie wiedzą, że są, według wszelkich reguł prawdopodobieństwa, bardzo niedopasowani jako partnerzy. A próby przeskoczenia tego na siłę kończą się jeszcze większym bólem niż ten, który czujemy przy rozstaniach albo w samotności. Spontaniczne i nagłe decyzje, owszem, uskrzydlają, czujemy, że żyjemy, jakbyśmy pisali własną komedię romantyczną, w której gramy, zapominamy, że ktoś już taką historię wcześniej napisał. A my powtarzamy ją jako farsę. Nie powtarzam farsy, pomagam Mike’owi wsadzić zakupy do samochodu i zamawiam na parking ubera. Co parę miesięcy Mike pisze do mnie na Instagramie. Że miałam rację, że rozumie. I że czeka, gdybym zmieniła zdanie. Przeczytaj także poprzednią książkę Joanny Jędrusik "50 twarzy Tindera": Zobacz także: Co oznaczają te tajemnicze skróty na Tinderze? Pozwalają rozszyfrować, z kim masz do czynienia Nie dajcie sobie wmówić, że seks bez zobowiązań ma coś wspólnego z feminizmem [list] Jak koronawirus zmienił życie erotyczne ludzi na świecie? Maja Staśko przeprowadziła niezwykły eksperyment
Reporter SE24.tv poznaje 50 twarzy Piotra Żyły. Ulubiony napój, kolor, a także co go najbardziej denerwuje i czym mógłby zdziwić nawet najbliższych znajom
50 twarzy Tindera Szukasz sensu na jedną noc? A może seksu na całe życie? Polizwiązku z kilkoma fajnymi osobami? Stałej, monogamicznej relacji? Dalej nie możesz znaleźć miłości? A może była, ale się skończyła? Na Tinderze możesz znaleźć to wszystko, a nawet więcej. Asia Jędrusik korzystała z tej apki tak intensywnie, że momentami aż bolał ją kciuk od przewijania potencjalnych partnerów. I tylko raz umówiła się na randkę z fanem Breivika. Czytając jej przygody na przemian chce się płakać i wybucha się śmiechem. Nie zdziw się jednak, gdy w przezabawnie opisywanych przez nią randkach, odnajdziesz portrety osób przypominające twoich znajomych. ✅ Autor: Joanna Jędrusik ✅ Wydawnictwo: Krytyki Politycznej ✅ Rok wydania: 2019 ✅ Liczba stron: 288 ✅ Format: 13,2x20,5 cm Autorką pierwszej części, tj. oryginału jest Chiro Yakushi, link do jej filmu: https://www.youtube.com/watch?v=JiN0de509bQ Mam nadzieję, że nie masz mi za zł Szukasz sensu na jedną noc? A może seksu na całe życie? Polizwiązku z kilkoma fajnymi osobami? Stałej, monogamicznej relacji? Dalej nie możesz znaleźć miłości? A może była, ale się skończyła? Na Tinderze możesz znaleźć to wszystko, a nawet więcej. Asia Jędrusik korzystała z tej apki tak intensywnie, że momentami aż bolał ją kciuk od przewijania potencjalnych partnerów. I tylko raz umówiła się na randkę z fanem Breivika. Czytając jej przygody na przemian chce się płakać i wybucha się śmiechem. Nie zdziw się jednak, gdy w przezabawnie opisywanych przez nią randkach, odnajdziesz portrety osób przypominające twoich znajomych. 50 twarzy Tindera to fascynujący autobiograficzny reportaż o poszukiwaniu bliskości, seksu i sensu, praktyczny poradnik randkowania i obsługi relacji damsko-męskich. Fragment książki Joanny Jędrusik „50 twarzy Tindera”, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Jak piszę o smutku, to od razu przypomina mi się Piotr. Trzydzieści cztery lata.

Na to uzależnienie nie ma odtruwania, nie dają metadonu, nie ma stowarzyszenia anonimowych tinderoholików. Ja poszłam do terapeuty, gdy w pewnym momencie uznałam, że może za dużo czasu spędzam na randkach, i trochę się zmartwiłam. Fragment książki Joanny Jędrusik „50 twarzy Tindera”.I tak się okazało, że Tinder jest zajebisty. Można osiągnąć sukces towarzyski, poznać ciekawych ludzi, wiele się nauczyć. Można mieć prawie nieograniczoną liczbę przygód, kolacji, śniadań, randek i romantycznych spacerów, mnóstwo seksu i przytulania. Przestać być nołlajfem siedzącym w domu. Można wreszcie, co było najważniejsze, usłyszeć wiele miłych rzeczy na swój temat. Od nudnej klasyki gatunku, czyli komplementów na tinderowym czacie na temat zdjęć, po zachwyty dotyczące smaku cipki czy kształtu sutków. Większość z nas ma uszkodzone poczucie własnej wartości. Wydaje się nam, że jesteśmy przegrywami, cierpimy na syndrom kłamcy. Jesteśmy przekonani, że inni są fajniejsi, ładniejsi, mądrzejsi. Że jesteśmy gówno warci, za grubi, za niscy, że nic nie osiągnęliśmy, a w ogóle to przegraliśmy życie, bo nie poszliśmy na medycynę i dalej nie przeczytaliśmy Prousta. Jak zaczynałam korzystać z Tindera, miałam milion kompleksów. Łatwiej sobie z nimi radzić, siedząc z mężem w kawalerce, grając w gry i oglądając seriale, w końcu tylko jedna osoba widzi gruby tyłek i wie, że tak naprawdę nie rozumiem do końca, o co chodzi w tej teorii postkolonialnej. W dodatku skoro siedzi w tej kawalerce już kilka lat, to znaczy, że zaakceptował moje wady. Po rozwodzie wszystko się skończyło i stanęłam twarzą w twarz z dziesiątkami facetów. I nagle zdziwienie. Podobam się im! Podoba im się, jak się ubieram! Podobają im się szczegóły, o których nawet nie miałam pojęcia! Pierwszy facet z Tindera, z którym idę do łóżka po rozstaniu z mężem, wspomniany już reżyser, jest zachwycony. Twierdzi, że każdy mój gest jest szalenie seksowny i że widok mnie pochylającej się i zapinającej kozaki na obcasie jest oszałamiający. Kurwa, oszałamiający! Te słowa dzwonią mi w uszach przez wiele tygodni jak upierdliwy refren piosenki Bednarka zasłyszanej w taksówce. Kupiłam kozaki na obcasie kilka dni przed spotkaniem z reżyserem. Wcześniej raczej nie nosiłam obcasów. Tak to jest, jak mąż przez lata powtarza, że najpiękniej wyglądasz w jeansach i trampkach. Potem się dowiaduję, że puka laskę, która chodzi ubrana jak Edyta Górniak. Czyli co prawda niezbyt gustownie, ale chyba seksownie. Wtedy doszłam do wniosku, że z tymi trampkami i jeansami to pierdolenie i nie wiadomo, kto się bardziej oszukiwał, ja czy on. I że należy kupić jakieś szpilki i bieliznę, która nie jest sprzedawana w trójpakach. I że sukienki z szafy nie nadają się do niczego poza zasłanianiem jak największej powierzchni ciała. I że puchowe kurtki pozwalają się uroczo upodobnić do ludzika Michelina, ale ładnie wcięta talia lepiej wygląda w płaszczach. Jednym słowem, odkryłam, że można się wylaszczyć i że ktoś to entuzjastycznie zauważy, w przeciwieństwie do byłego męża. Zabieram go do domu. Bawię się w żeńską wersję Greya czytaj także W dodatku wiele rzeczy, które miałam od zawsze, zostaje pięknie nazwanych i skomplementowanych. Okazuje się więc, że mam śliczne usta, głos, stopy i masę innych kawałków, które nie są przecież zależne ode mnie, a strasznie się podobają moim tinderrandkowiczom. I jeszcze ktoś docenia, jak zapinam kozaki, no kurwa, ktoś w ogóle zwraca uwagę na to, że wkładam obuwie! Ale czad! Kompleksy jakby się zacierają. Mądry terapeuta wytłumaczyłby mi, że źródłem poczucia własnej wartości nie powinni być dla mnie inni ludzie i ich komplementy, ale ja sama. Tylko że jak różni faceci powtarzają mi dziesiątki razy, że mam śliczny tyłek czy uśmiech, to po prostu zaczynam w to wierzyć. Zaczynam to traktować jak fakt, niemalże naukowy, bo przecież potwierdzony przez wielu niezależnych świadków. Kolejny szok: nie dość, że chłopaki z Tindera chętnie się ze mną widują, to jeszcze twierdzą uparcie, że mam zajebiste poczucie humoru, że świetnie się ze mną rozmawia na wiele tematów, a w ogóle to mam w chuj ciekawą osobowość i, cokolwiek to znaczy, seksowny mózg. Mówią tak nawet faceci, z którymi przestaję sypiać, a zaczynam się po prostu przyjaźnić. Nagle zewnętrzna afirmacja dotyczy też intelektu. Sfery, która zawsze była dla mnie ważna, może nawet ważniejsza niż wygląd. Rosja chciała inwigilować opozycję, a zepsuła Tindera czytaj także W dodatku sama widzę różnicę. Nagle zauważam, że chyba naprawdę jestem fajna i czarująca. Żaden facet nie ucieka z randki przez okno w toalecie, większość pisze i dzwoni po spotkaniu, że chcieliby więcej. Widuję się z kilkoma (w moim pojęciu) ultraciekawymi mężczyznami i, o zgrozo, mają ze mną o czym rozmawiać. Coś tam pamiętam z tych przeczytanych książek, faktycznie mam sporo zainteresowań (tylko nigdy o tym nie myślałam, skoro inni mają więcej) i nie jestem nudnym bejem. W końcu zaczynam wierzyć, że nie odstaję intelektualnie od większości facetów, a od tych wybitnych nie odstaję jakoś dramatycznie. Tinder staje się jak narkotyk. Czuję się dzięki niemu piękna i mądra. Najpierw faceci patrzą na mnie w zupełnie inny sposób niż mój były partner. Potem sama zaczynam na siebie inaczej patrzeć. Jest zajebiście. Tinder jest jak kokaina. Czuję się świetnie, chce mi się, nawet mam siłę czasem iść na siłownię albo przynajmniej uprawiać seks przez cztery godziny bez przerwy. Tyle że kokaina jest podobno strasznie droga, a Tinder jest za darmo i nie wsadzają za niego do więzienia. Ale tak samo jak można się uzależnić od kokainy, można się uzależnić od Tindera. Gdzie są te koty? czytaj także W moim życiu Tinder pojawia się w momencie kryzysu i nieco pomaga mi z niego wyjść. Życie po rozwodzie staje się ciekawe i nabiera chociaż trochę sensu. W połowie stateczne korpo, w drugiej połowie tinderowe hulanki i swawole. I prawie nie ma miejsca na płacz po nocach, bezsenność i wyobrażanie sobie, co by się powiedziało, jakby się spotkało byłego męża. Niektórym się wydaje, że praca w korpo jest fajna. Że chodzi się w ładnych garsonkach, siedzi przy designerskim biurku i dostaje ambitne zadania. Wszyscy są ładni, mili, a hajs jest ekstra. Inni z kolei są przekonani, że w korpo siedzi się w szarym biurze w małych boksach, pracuje po dwanaście godzin, a po pracy jest się tak zjebanym, że nie ma kiedy wydawać tego hajsu. A w ogóle to szef chce, żeby przyjść do pracy w niedzielę, bo jest zamknięcie projektu. Zapytałam dziewczyny o narkotyki i seks na polskich festiwalach czytaj także Ja zaraz po skończeniu studiów zaczynam pracę w korpo z obrazka. Nie ma może designu, zadania zwykle nie są ciekawe, a współpracownicy nie są niestety przystojni jak w serialu W garniturach, natomiast wszyscy są bardzo mili i kompetentni i można się wiele nauczyć. W pracy jest straszna beka, ludzie wysyłają sobie memy i grają na PlayStation w pokoju konferencyjnym. I hajs się zgadza. Niektórym się wydaje, że praca w korpo jest fajna. Że chodzi się w ładnych garsonkach, siedzi przy designerskim biurku i dostaje ambitne zadania. Skończyć fajne, ambitne studia to jedno, natomiast zarabiać na wspólne mieszkanie, opłaty, książki, knajpy i wakacje to już zupełnie inna sprawa. Ja skończyłam humanistyczny kierunek, o którym się żartuje, że jego absolwenci pracują w McDonaldach, mój eks studiował prawo. Prawnicy oraz prawnicy in spe zarabiają raczej bardzo kiepsko. Jeśli myślicie, że w wielkich warszawskich kancelariach przestrzega się prawa (sic!) pracy i zatrudnia ludzi za godziwy hajs i na właściwych umowach, to źle myślicie. Po studiach poszłam więc grzecznie na etat w korpo, żebyśmy mieli z byłym mężem z czego żyć. Potem hajs też był potrzebny, był rozwód i trzeba było zarabiać na swoje jednoosobowe gospodarstwo domowe. Korpo trzeba było pokochać, a przynajmniej polubić, bo przecież gdybym je znienawidziła, to strasznie trudno byłoby mi chodzić do pracy. Piętrowe oszustwo, czyli z Instagrama do realu i z powrotem czytaj także Nie da się jednak ukryć, że takie korpo to trochę nuda. Codziennie robię prawie to samo, z tymi samymi ludźmi, przez osiem godzin. Wokół mnie szara biurowa wykładzina, wielkie okna, przez które widać jakieś parkingi i inne nudne biurowce. Na podwieszanym suficie rząd jasnych lamp, ładne przegrody między stojącymi naprzeciw siebie biurkami – bo kto chce całymi dniami gapić się zza monitora, jak koleżanka z pracy próbuje wydłubać sobie dyskretnie spomiędzy zębów resztki lunchu od „Pana Kanapki”? Szefowie to mili ludzie, tacy jak my, tylko lepiej zarabiają. Praca niby nie jest jakimś głupim wprowadzaniem danych ani call center, ale jednak codziennie ten sam rozkład, ci sami ludzie przynoszą podobne cyferki, trzeba tak samo coś zamówić, identycznie jak wczoraj to opisać, odebrać dwa podobne telefony i wykonać trzy kolejne. Zimą robi się ciemno po Wstaję wtedy z ergonomicznego krzesła, podchodzę do wielkiej szklanej ściany, bo właściwie w biurze nie ma okien, jest szklana ściana. Obserwuję budynek naprzeciwko. Wszędzie pali się światło, pięter jest kilkanaście, może więcej? Patrzę na inne biura, inne open space’y. Ludzie siedzą przy takich samych biurkach jak ja. Opieram czoło o szybę, może na którymś piętrze będzie coś nowego. Nigdy nic ciekawego się nie dzieje. Wszyscy klepią w komputery. Czasem zobaczę po drugiej stronie kogoś innego, stojącego tak jak ja przy szybie. Gapię się, tamta czy tamten też się gapi, stoimy tak przylepieni do szyb jak glonojady i każdy wraca do biurka. Tyle. Pasztet, Iron Majdan i Beata Kozidrak. Weekend z życia wielu lewicowych studentów czytaj także Potem jadę do domu tramwajem. Codziennie tak samo. Mijam te same ulice, w tramwaju migają te same twarze. Wracam do tego samego mieszkania. Odgrzewam jakieś żarcie, jem przy komputerze, oglądając seriale. Potem kąpię się, idę spać i rano wstaję do korpopracy. Nie wiem jak inni, ale ja po kilku latach dostaję lekkiego pierdolca. I wtedy pojawia się Tinder. W biurze często mam czas. Czasem robię coś przez dwie godziny, a kolejne sześć się nudzę. Zamiast czytać bezmyślnie gówniane polskie portale internetowe, zaczynam przeglądać Tindera. Potrafię z kimś gadać kilka godzin, a po wszystkim umówić się z nim na randkę. Zamiast do siebie, jadę do knajpy. I zdarza się, że potem przyprowadzam kogoś do domu. Albo spędzam noc poza domem. Dwa, trzy, czasem cztery razy w tygodniu. Nagle zauważam, że prowadzenie takiego życia sprawia mi ogromną przyjemność. Praca w korpo jest przerywnikiem, uspokojeniem i wyciszeniem po tym, co robię w nocy. Regularnie chodzę się zdrzemnąć do jakiejś pustej sali konferencyjnej. Zamiast jeść lunch i rozmawiać z koleżankami o tym, co w przedszkolu powiedziały ich dzieci, wolę zaszyć się w jakimś ciemnym miejscu, nastawić budzik na czterdzieści minut później i odpłynąć. Leksykolożka, couchsurferka i korposuka, czyli „Słownik nazw żeńskich polszczyzny” czytaj także Korpo staje się bezpieczną, nudną przystanią. Życie jest gdzie indziej. Zaczynam stale nosić w torebce szczoteczkę do zębów i majtki na zmianę. Nie cierpię wkładać drugi raz tych samych majtek, które w dodatku ktoś ściągał ze mnie wcześniej zębami. W biurowej szafce trzymam czyste bluzki i sukienki. Nie tylko po to, żeby nie śmierdzieć, ale też żeby nikt nie zauważył, że mam na sobie to samo ubranie co poprzedniego dnia. Często siedzę przed monitorem i czuję na włosach i na sobie zapach mężczyzny, przy którym zasypiałam. Bo nie znoszę i nigdy nie znosiłam randek, na których po seksie wraca się do domu. Jeśli idę do łóżka, to raczej z kimś, kogo lubię. A jak go lubię, to chcę go przytulić i przy nim zasnąć. Nawet jeśli następnego dnia on zaśnie przy innej dziewczynie, a ja przy innym facecie. Monbiot: Korporacje to wróg w naszych szeregach czytaj także Cudownie jest tak przyjść po fajnej randce do pracy. Siadam przy biurku, odpalam kilka aplikacji i udaję, że gapię się w ekran. A w głowie mam flashbacki z poprzedniej nocy. Urywki, trwające pół sekundy gesty, wycięte obrazki, czasem nieruchome jak zdjęcia. Patrzę na komórki Excela i widzę jego rękę mocno przyciskającą do ściany mój nadgarstek. Otwieram po kolei maile. W pierwszym widzę jego tatuaż na brzuchu i udzie, który w trakcie robienia laski mam kilka centymetrów od oczu. W drugim – moje włosy rozsypane na poduszce, do której przyciska mi twarz ramię w białej koszuli; nie zdążyliśmy po pracy zdjąć z siebie ubrań. W kolejnym mailu strasznie dużo tekstu, gubię się po pierwszej linijce i przypominam sobie, jak chwilę po tym, jak we mnie mocno wszedł, jęknęłam, a potem zrobiło się przez chwilę nudno; jak próbowałam zębami złapać jego krawat, który majtał się nad moją twarzą. Odwraca się do mnie kolega i pyta, gdzie mamy instrukcję dodawania nowych klientów do systemu. Musi dwa razy powtórzyć pytanie, zanim wyślę mu linka do folderu. Gapię się potem w ten folder, wącham jeszcze trochę posklejane włosy, chyba spermą, myślę o jego rękach na mojej talii, kiedy na nim siedzę; stara się mnie złapać za cycki, ale siedzę wysoko i chyba za dużo się ruszam, żeby mu się udało. Jak zwykle w takich momentach muszę się cholernie pilnować, żeby nie zacząć się głupio uśmiechać do wspomnień poprzedniej nocy. Czasami nie mogę przestać o tym myśleć. Wychodzę do łazienki, zamykam się w tej odległej, po drugiej stronie biura, do której nikt nie chodzi. Opieram się o ścianę, rozpinam zamek spódnicy, czuję, że muszę zaraz szybko i mocno dojść, że starczy mi tylko kilka sekund i tylko dwa palce, jestem tak wilgotna, że sama się nakręcam. Przygryzam własną pięść, żeby nie wydać żadnego dźwięku. I tak jest pusto i nikt nie usłyszy. Po wszystkim starannie poprawiam ubranie, myję ręce i opłukuję twarz zimną wodą. Po kilku sekundach przestaję się rumienić i uśmiechać. Wychodzę z poważną miną, wracam do swojego biurka, siadam do komputera. Bo kiedyś muszę przeczytać te cholerne maile, w których wcale nie ma tych seksownych obrazków, tylko prośby o wysłanie planu szkolenia na przyszły tydzień i inne bzdury. Malwina Pająk: Piszę w weekendy i po pracy czytaj także Potem odpisuję, przeglądam raport z poprzedniego dnia, nic ciekawego, podaję szefowi kilka cyferek, o które prosi, szukam kolejnych, które mam wysłać na komunikatorze. Na telefonie zapala się dioda. Dostaję wiadomość. Mój wczorajszy towarzysz pisze, że znowu chciałby mi się spuścić do ust. Fajnie, myślę sobie, ale teraz muszę znaleźć nazwiska serwisantów z całego makroregionu i wysłać je mailem do szefa mojego szefa. Najwyraźniej nie chce mu się szukać, w końcu jest szefem. Znajdę, powysyłam i jeszcze dodam ich maile i telefony do Excela. Ignoruję wiadomość o spuszczaniu się do ust. Teraz jest czas dla korpo. Odpiszę za godzinę. Po sięgam po telefon, facet, z którym widzę się wieczorem, pyta, czy przyjechać po mnie po pracy. Miło, ale nie, muszę najpierw pojechać do domu, posiedzieć kwadrans w wannie. Zmyć z siebie jednego mężczyznę, żebym mogła się ubrudzić drugim. Spotykamy się dopiero o Oglądamy u niego Grę o tron i idziemy do łóżka. Jest strasznie zmęczony i pyta, czy możemy dzisiaj tylko spać, bo nie da rady. Spotykamy się od trzech miesięcy, lubię go. Jasne, że możemy. Rano robi mi śniadanie i zawozi mnie do pracy. Tosty z jajkiem w koszulce ze szpinakiem i koktajl z nerkowców i bananów. Nie powiem mu tego, ale gotuje lepiej, niż się pieprzy. Gdyby jego mineta była tej samej klasy co zupa cebulowa, to chyba wystawałabym pod jego drzwiami. Rzewne pitolenie Coca-Coli czytaj także W pracy nikt o Tinderze nie wie. Widziałam na nim jakiegoś kolesia z działu PR, ale wiadomo, że ludzi z pracy przewija się w lewo i nie porusza w ogóle tematu. Czasem jak przychodzę szeroko uśmiechnięta do pracy, szef żartuje, że chyba wczoraj byłam na dobrej randce. Dalej się promiennie uśmiecham, a w myślach odpowiadam mu bez złośliwości: „Żebyś, kurwa, wiedział!”. Tylko raz świat dzienny i nocny się przenikają. Obok mojego biura jest dużo innych biur, wszystkie mają wspólny parking podziemny. Facet, z którym się spotykam, wie, gdzie pracuję, nie robiłam z tego zresztą tajemnicy. Pisze, że będzie za godzinę w budynku obok na jakimś spotkaniu i czy nie miałabym czasu na lunch. Czytam jego wiadomość, dojadając przy biurku resztki sałatki. Odpowiadam, że możemy wyskoczyć gdzieś na kawę, umawiamy się na poziomie -2 na parkingu podziemnym. Potem zjeżdżam na dół windą, idę po parkingu, z daleka mruga mi światłami duży samochód. Wsiadam do środka, bez słowa zaczynamy się całować. Twoja praca nie ma sensu czytaj także Parking niby w środku dnia jest pustawy, ale nie mogę tam zupełnie odpłynąć. Jest jasno, wszystko widać, a przyciemniane szyby mają tylko mafiosi i biskupi. Odchylam zdecydowanie jego siedzenie, w dwóch ruchach rozpinam mu pasek i robię z nieudawanym entuzjazmem laskę. Schylona poniżej poziomu okien, jestem niewidoczna z zewnątrz. Potem znów długo i czule się całujemy. Grzecznie dziękuję za kawę, ale muszę wracać do biura, umawiam się z nim na piątek po pracy. Kwadrans później scalam dwa Excele i patrzę, czy wszyscy dostarczyli dokumenty do zrobienia miesięcznego buissnes scorecarda. Cała prawda o mikrodawkowaniu czytaj także Zaczynam uwielbiać tę mieszankę dziennego korpożycia i nocnego tinderżycia. Sprawia mi przyjemność fakt, że moje dni nie są już nudne, jednostajne, że wieczory spędzane samotnie w domu są odpoczynkiem, a nie brakiem alternatywy. Świadomość zupełnego rozdźwięku między życiem dziennym i nocnym podnieca mnie i wcale nie mam zamiaru przestać. Tak trzeba żyć. I tak trzeba pracować. Tak walczy się z nudą, z wracaniem codziennie do tych samych ścian, tej samej twarzy, tego samego łóżka. Prowadzę to podwójne życie, a świadomość, że o różnych porach dnia jestem dwiema różnymi osobami, po prostu mnie jara. Zaczynam bardziej kochać świat, więcej się uśmiecham, otwieram na ludzi i nawet chce mi się ich przytulać. Jest jak po MDMA. Tinder uzależnia. I gdzieś mam to, że przecież inni mogą robić podobne rzeczy. Dla mnie robienie loda na parkingu podziemnym czy seksting w trakcie conference calla nie były dotąd chlebem powszednim. Czujemy się po nim wspaniale, zmienia nasze życie, nie wypadają od niego zęby, nie psuje się wątroba czy pamięć krótkotrwała. Jeśli Tinder jest jak narkotyk, to można go brać długo, bez widocznych konsekwencji i czuć się po nim absurdalnie dobrze. Nie mam następnego dnia bólu głowy ani zejścia. Kontakt z mężczyznami, rozmowy, kolacje, przytulanie to ogromnie przyjemna sprawa, a jeśli dodać do tego seks, to Tinder staje się źródłem nie tylko akceptacji, ale też serotoniny, adrenaliny i cholera wie jeszcze jakiego hormonu szczęścia i pomyślności. Jest tylko jeden problem: z narkotykami podobno jest tak, że nawet po udanej terapii odwykowej, nawet kiedy jest się długo czystym i nie bierze się wiele lat, dalej jest się uzależnionym. Bo ćpunem czy alkoholikiem zostaje się już całe życie. Boję się, że Tinder działa tak samo. Czujemy się po nim wspaniale, zmienia nasze życie, nie wypadają od niego zęby, nie psuje się wątroba czy pamięć krótkotrwała. Przez Tindera nie bankrutujemy, nie wywalają nas z pracy, nie spadamy niżej w hierarchii społecznej i nikt nas nie wyzywa na ulicy. Ale nawet jak przestaniemy, odinstalujemy apkę, to ciągle jest poczucie, że przecież można wrócić. Bez przesady, nie tak jak kiedyś, bez ekscesów. Po prostu na jedną randkę, bez szaleństw, tylko raz. Tak podobno tłumaczą się przed sobą narkomani czy alkoholicy. Jeden strzał, a potem jestem czysty. Jeden drink, a potem znowu nie piję. Na to uzależnienie nie ma odtruwania, nie dają metadonu, nie ma stowarzyszenia anonimowych tinderoholików. Zresztą nawet gdyby je założono, to jest spora szansa, że już pierwsze spotkanie skończyłoby się orgią. Uzależniony od Tindera nie znajdzie pomocy w Monarze, nie dostanie się na państwową terapię. Ja poszłam do terapeuty, gdy w pewnym momencie uznałam, że może za dużo czasu spędzam na randkach, i trochę się zmartwiłam. Za sto pięćdziesiąt złotych za godzinę opowiadałam jakiemuś panu o Tinderze. Terapeuta zdiagnozował u mnie uzależnienie od seksu. Od razu pomyślałam: panie, nie tędy droga. Mogę się tylko przytulać i chodzić na randki. Nie chodzi o seks. Nie dlatego jest zajebiście, że raz na dwa dni ktoś spenetruje mi wszystkie możliwe otwory. Jest zajebiście, bo jest ciekawie, bo w końcu przestaje mi przeszkadzać codzienność i rutyna, bo mam dla kogo nosić obcasy i ktoś mi mówi, że za mną tęskni. Bo w końcu życie przestaje się kręcić wokół pracy. Tinder jest dla mnie lekarstwem na nudę i na samotność. Seks to produkt uboczny. Za taką terapię dziękuję bardzo, wypisuję się po trzech spotkaniach. Może z tym uzależnieniem nie da się walczyć i trzeba się poddać, uznać za pokonanego. Opór jest daremny.

Ratujmy polskich mężczyzn! Joanna Jędrusik Kulturoznawczyni, napisała „50 twarzy Tindera” i „Pieprzenie i wanilia”. Fot. Youtube/Newsflare.com. Edycja KP. 6 października 2020. Dla rodziny ma być supermanem, dla konkurencji drapieżnikiem, sam ma na wszystko zarobić i nigdy się nie skarżyć. Przecież Rambo sam, na żywca
„Pewnej jesieni siedzę w za dużej piżamie z mężem w łóżku, gapimy się w kupiony za hajs od rodziców 40-calowy telewizor i oglądamy seriale (…) I nie ma co liczyć na jakikolwiek seks: nie dość że od kilku lat pierdzimy razem w łóżku, a romantyzm umarł na drugiej randce, to jeszcze mąż zwyczajnie nie umie w seks. Ale bardzo go kocham i jest git. Kto w sumie potrzebuje tego przereklamowanego seksu…” – zaczęło się naprawdę dobrze. Niestety, gdybym miała oceniać książkę po liczbie zakreślonych cytatów i fragmentów, 50 twarzy Tindera uplasowałoby się na stosie ostatnio przeczytanych książek gdzieś hen, daleko na dole. A mogło być tak fajnie 50 twarzy Tindera Joanny Jędrusik to książka o tym, co najpopularniejsza aplikacja randkowa na świecie daje, albo może raczej: co ludziom odbiera. Bo, jak okazuje się z lektury tej pozycji – poza setkami miłosnych uniesień, Tinder przynosi też pustkę, osamotnienie i bezsens życia… Joanna Jędrusik z tylko sobie znaną wprawą przeprowadza nas przez meandry rzeczywistości opartej na przypadkowym, jednorazowym, a także niezobowiązująco regularnym seksie; opowiada o przygodach swoich, lub swoich bliskich; klasyfikuje kochanków według klucza: „polecam allegrowicza” oraz „tych typów unikaj”… Zatrzymała mnie na dłużej relacja z bardzo zajętym gościem, z którym główna bohaterka pojechała do Krakowa oraz historia chłopaka, któremu umarła matka. To by było na tyle. Trochę mało, jak na książkę, która liczy ponad 200 stron. Prawda jest niestety taka, że strasznie męczyło mnie czytanie 50 twarzy Tindera. Irytował mnie język Jędrusik i brak zdecydowania na formę – czy jest to fikcja, mini reportaż, pamiętnik czy może jednak poradnik (co jakiś czas autorka wjeżdżała z tonem mentorskim, rzucając czytelniczkom ostrzeżenia, dot. np. gwałtu, co strasznie mnie – czytającą wybijało z rytmu). Ogólnie rzecz biorąc trochę nie wiem, po co taka pozycja powstała, a trochę po prostu nie jestem chyba w targecie, co rusz, myśląc o przeczytanym właśnie fragmencie w kontekście „ja bym tak nie mogła”. Jeśli miałabym wskazać jedną rzecz, która w lekturze Jędrusik w ogóle mi się podobała, byłaby to na pewno próba oswajania czytelników, społeczeństwa z tematyką seksu – z tym, że kobiety też mają prawo mówić o nim głośno i wyraźnie. Że skończyły się czasy, w których aktywną seksualnie dziewczynę obrzuca się obelgami. Więc za walor poznawczy mały plusik ode mnie. Więcej zalet publikacji nie dostrzegam. Przesuwam kciukiem w lewo. Bez szansy na „match”. Sorry, Joanno. OPINIE CZYTELNICZEK NIEPOCZYTALNEGO KLUBU KSIĄŻKI CHPD: JAGOO PEPPERMINT: „Czuję się trochę oszukana po przeczytaniu kilku zdań zachęcających na okładce, jestem zawiedziona treścią i historiami, z którymi przyszło mi się zapoznać. Często potocznie mówimy: „co się zobaczyło, już się nie odzobaczy”. Książki pobudzają wyobraźnię. Moja po przeczytaniu tej pozycji z pewnością delikatnie ucierpiała”. JUNKO CZYTA: „Nie wiem o czym właściwie jest ta książka. Coś tam niby o randkach, dla mnie jednak głównie jest to monolog osoby, która określa się jako lewaczkę, a jednak nie raz wyraża swoją pogardę wobec innych, niżej postawionych, być może gorzej wyedukowanych”. MARTA: „Czytałam i podobała mi się. Napisana dobrym stylem, dla mnie interesująca. Pamiętam, że się zdziwiłam, bo jakoś byłam niechętnie nastawiona i zaskoczyło mnie, że jest ok”.
Kliknij w link i skorzystaj ze specjalnej oferty dla moich widzów: https://www.ceneo.pl/96341804?utm_source=PP&utm_medium=PP_afiliacja&utm_campaign=Motorola_
Tytuł50 twarzy Tindera AutorJoanna Jędrusik Językpolski WydawnictwoWydawnictwo Krytyki Politycznej ISBN978-83-66232-29-7 Rok wydania2019 Warszawa Wydanie1 Liczba stron288 Formatmobi, epub Krótkie streszczenie: Szukasz sensu na jedną noc? A może seksu na całe życie? Polizwiązku z kilkoma fajnymi osobami? Stałej, monogamicznej relacji? Dalej nie możesz znaleźć miłości? A może była, ale się skończyła? Na Tinderze możesz znaleźć to wszystko, a nawet więcej. Asia Jędrusik korzystała z tej apki tak intensywnie, że momentami aż bolał ją kciuk od przewijania potencjalnych partnerów. I tylko raz umówiła się na randkę z fanem Breivika. Czytając jej przygody na przemian chce się płakać i wybucha się śmiechem. Nie zdziw się jednak, gdy w przezabawnie opisywanych przez nią randkach, odnajdziesz portrety osób przypominające twoich znajomych. 50 twarzy Tindera to fascynujący autobiograficzny reportaż o poszukiwaniu bliskości, seksu i sensu, praktyczny poradnik randkowania i obsługi relacji damsko-męskich. This product has not been reviewed yet Your feedback aby wystawić opinię.
50 twarzy Barteczka. 137 likes. Ten człowiek zgodził się na przetwarzanie jego danych więc przeróbki podsyłać na priv :D
"50 twarzy Tindera" Joanny Jędrusik to autobiograficzna opowieść o tinderowych przygodach i współczesnych relacjach. Publikujemy fragment książki. Tinder to niekończące się źródło anegdot i materiału do niejednej analizy współczesnych relacji miłosnych. Joanna Jędrusik znana z fanpage'a Swipe me to the end of love postanowiła spisać swoje doświadczenia związane z korzystaniem z randkowej apki. Sama kilkakrotnie pisałam o tym, jak wygląda dynamika randkowania i szukania one night standów. Tym razem możecie przeczytać niepublikowany wcześniej fragment książki "50 twarzy Tindera" Joanny Jędrusik, która już wkrótce ukaże się nakładem Krytyki Politycznej. Joanna Jędrusik, "50 twarzy Tindera", Krytyka Polityczna Pewnej jesieni siedzę w za dużej piżamie w łóżku z mężem, gapimy się w kupiony za hajs od rodziców 42-calowy telewizor i oglądamy seriale. Jemy lekko rozgotowany makaron z czterema serami, który kapie mi na piżamę. Potem kładę się w tej ufajdanej piżamie spać, trzeba rano wstać do korpopracy i zapierdalać na ten stateczny, mieszczański mokry sen. I nie, żeby można było liczyć na jakikolwiek seks, nie dość, że od kilku lat pierdzimy razem w łóżku i romantyzm umarł na drugiej randce, to jeszcze mąż zwyczajnie nie umie w seks, ale go bardzo kocham i też jest git. I kto w sumie potrzebuje przereklamowanego seksu. Rodzina pomagała, więc nasze mieszkanie nawet nie jest na kredyt, starego diesla zamieniliśmy niedawno na kilkuletniego opla. Trochę czasem ledwo starcza do pierwszego, ale nie dlatego, że kiepsko zarabiamy, tylko dlatego, że jemy przynajmniej raz w tygodniu ośmiorniczki, kupujemy za drogie wina, żyjemy ponad stan i powoli okopujemy się na naszej średnioklasowej pozycji. W weekendy jeździmy oplem na działkę, gdzie ubrana jak Kargul z Samych swoich sadzę pomidory i przerzucam kompost. Mąż woli w altanie czytać jakieś pierdoły o żeglarstwie w XVIII wieku. Czasem mówi, że chciałby być piratem na jakimś morzu południowochińskim, ale jest prawnikiem, więc trochę mi go żal, ale mu tego nie mówię. Po sadzeniu pomidorów jeździmy na obiady u dziadków. Życie wygląda jak połączenie serialu Na wspólnej i katalogu Ikei. Następnej jesieni wszystko jest inne. Siedzę w łóżku z jakimś facetem, którego imię po 4 latach zupełnie mi się zatarło, zresztą nie ma dla tej historii żadnego znaczenia. Jemy wegański ser, popijamy winem z Żabki. Nie mam na sobie piżamy, tylko coś między koszulą nocną a strojem księżniczki disneya, w stylu tych, które nosiła na starych, włoskich filmach Sophia Loren czy inna Anita Ekberg. Mieszkam w kawalerce, minimalizm, duże łóżko i koniecznie wanna. Spędzam w niej sporo wieczorów, czasem towarszyszy mi szklanka whisky, czasem papieros a czasem jakiś facet. W weekendy ubieram się w małą czarną, maluję (jak codziennie) usta na czerwono i spotykam się w jakimś modnym bistro z facetem, który potem rozmaże mi tę szminkę. Zamiast działki jest spacer po łazienkach, zamiast grubego polaru jest dopasowany płaszcz, zamiast kaloszy a la walonki są szpilki a la christian Louboutin. Siedzimy z tym facetem w łóżku, właśnie skończyliśmy się bzykać po raz drugi tego wieczoru i wrzeszczeć do siebie świństwa rodem z redtuba. Wszystko jest inne niż poprzedniej jesieni. No, może poza tym, że też oglądamy seriale. Lubię seriale. Życie jest trochę jak Seks w wielkim mieście, trochę jak komedia romantyczna, a trochę jak pornos. Magiczna transformacja dokonała się z pomocą tindera. Po drodze była trochę tragedia, a trochę czeski film. Jak w kawałach wujka staszka okazuje się, że naprawdę mogę wyjechać w delegację, a mąż zacznie pukać koleżankę z pracy. Potem jest płacz, wyrzuty, terapia małżeńska, miotanie się, wątpliwości, potem w końcu mąż się wyprowadza i zaczyna się zupełnie nowe życie. Znowu zaczynam wychodzić z domu w celach innch niż kolacja z ex, herbatka u dziadka i wspólne zakupy w tesco. Zaczynam sobie przypominać, że kiedyś miałam koleżanki i życie towarzyskie, że zanim okopaliśmy się z moim eks w domu wśród poduszek z Ikei miałam na studiach znajomych, chodziłam w jakieś miejsca i było chyba wesoło. Idę nad Wisłę z dziewczynami z dawnych czasów. Ulka mówi mi o tinderze. Niedorzeczny pomysł, jacyś kolesie, zdjęcia, przesuwanie, nowa moda, zupełnie nie rozumiem o co jej chodzi i jak to umawiać się na randki na podstawie zdjęć?! Tydzień później palec napierdala mnie od przewijania w lewo i w prawo. Kciuki bolą od pisania. Staję na rzęsach, żeby nie stracić wątku. Prowadźcie sobie 20 rozmów jednocześnie, zrozumiecie o czym mówię. Tinder jest nowy, nikt nie wie o co w nim chodzi, ale w końcu zaczynam się umawiać na randki. Na pierwszą zawozi mnie były mąż, który, jak wtedy twierdzi, musi spróbować czegoś innego, ale wierzy, że się razem zestarzejemy i ciągle przyjeżdża się ze mną zobaczyć. Myśli, że wiezie mnie do eleganckiego hotelu na korpoimprezę firmową. Tymczasem ja też uznałam, że muszę spróbować czegoś innego. Poznałam na tinderze Pana Reżysera. Wyreżyserował taką randkę, że czeka na mnie w pokoju hotelowym, na drzwiach wisi opaska. Zawiązuję ją na oczach, wchodzę do zupełnie ciemnego pokoju, nie widzimy się, on też ma opaskę. Wszystko idzie zgodnie ze scenariuszem, jest ostro i cholernie podniecająco, surrealizm i szalejące zmysły. Nikt jeszcze wtedy nie słyszał o jakimś Greyu. Ale po to jesteśmy hipsterami, żebyśmy to robili zanim to było modne, c’nie? Tak mija dzień po dniu. Z jednej strony ekran smartfona ciągle rozgrzany od tindera, z drugiej strony jednak sporo czasu spędzam na płakaniu w łóżku, bo mi się rozpieprzył ten lukrowany obrazek, mąż okazał się być kutasem, a ja momentami obwiniam się o wszystko co się stało, biorę na siebie jego winy i grzechy, wybaczam mojemu winowajcy i proszę o wybaczenie, kajam się za wszystko . No jak tu się nie czuć winnym? Wszystko bym na siebie wzięła, cudzą zdradę, cudze kłamstwa, nie staranie się wystarczająco. A jakby to było konieczne żeby uratować moje małżeństwo, to przyznałabym się do wydania rozkazu strzelania do górników w kopalni wujek. W takim dziwnym stanie ducha dopada mnie bezsenność, depresja i tinder. Dwie pierwsze choroby jednak łatwiej wyleczyć. Nie chodzę do pracy, bo zaczynam się rozklejać gapiąc się w komórki Excela i jest bardzo nieswojo. Raz mdleję w łazience, rozwalam sobie wargę upadając na korpokafelki przy kabinach, przyjeżdża pogotowie. No jak tu chodzić do pracy? Coraz bardziej wierzę w to, że mój eks nie jest kolejnym wcieleniem Hitlera. Coraz bardziej lubię rozmawiać i widywać się z facetami z tindera. Wszyscy są cholernie mili, chwalą moje cycki, tyłek, chcą się znowu spotkać i napierdalają komplementami jak premier Morawiecki kłamstwami o polskiej gospodarce.
Enola Holmes. Siedem sióstr. Stranger Things - książki. Żywe Trupy - komiksy. Bridgertonowie. Pokaż więcej. Książka Dziewczyny z Dubaju autorstwa Krysiak Piotr, dostępna w Sklepie EMPIK.COM w cenie 27,13 zł. Przeczytaj recenzję Dziewczyny z Dubaju. Zamów dostawę do dowolnego salonu i zapłać przy odbiorze!
(Tragi)komedia ludzkaGdyby Balzac żył, to od przesuwania zdjęć na Tinderze bolałyby go palce. Po pierwsze, Balzac bardzo lubił laski i romanse, a po drugie, kręciło go oglądanie najróżniejszych ludzi. Tinder to takie stendhalowskie zwierciadło przechadzające się po naszym gościńcu. Znajdziemy tam więc mężczyzn (i kobiety) w różnym wieku, z różnych miejsc na świecie, z małych i dużych miejscowości, przedstawicieli wszystkich możliwych zawodów. Singli, rozwodników, wdowców; gości zdradzających swoje żony i dziewczyny; całą masę facetów, którzy chcą być w otwartych relacjach, szukają kogoś do układu friends with benefits albo są zupełnie otwarcie poliamorystami. Znajdziemy mężczyzn szukających ONS (one night stand, czyli jednorazowego seksu), ale też (dużo rzadziej) gości deklarujących, że szukają poważnego do woli przeglądać i przewijać. Chcemy prawnika? Wybieramy facetów z takim opisem albo takich, którzy wpisali w uczelni „WPiA”. W końcu nie ma prawnika, który na wstępie nas nie poinformuje, że jest prawnikiem, ewentualnie studentem prawa, a więc prawnikiem in spe. Trochę trudniej o lekarzy, bo młodzi lekarze są w Polsce cholernie zajęci, pracują na trzy etaty, a w dodatku w wolnych chwilach muszą strajkować, bo nie dość, że są przepracowani, to jeszcze państwo płaci im gówniane pieniądze. Znajdziemy urzędników każdego szczebla, biznesmenów, restauratorów i kelnerów, tancerzy, aktorów, poetów, pisarzy, muzyków, rzeźbiarzy, malarzy i fotografów. Tinder jest pełen programistów, speców od PR, kołczów, trenerów fitness, gości, którzy określają się jako „social media ninja” albo „digital nomad”. Wreszcie jest tam dużo dziennikarzy, pracowników gazet, telewizji i radia, działaczy, społeczników, filozofów i socjologów. Gości po zawodówkach, po studiach, doktorów i wszystkie opcje polityczne i religijne. Widziałam (co nie znaczy, że chciałam spotkać osobiście) gości z Zadrugi, ultrakatoli, narodowców, korwinistów, religijnych maniaków, kibiców z powstańczymi kotwiczkami, neoliberałów, anarchistów, libertarian i szczęście mamy wybór, ale i tak czasem można się potknąć i trafić na kawę czy piwo z kimś, kto wzbudza nasze obrzydzenie. Kilka razy natknęłam się na rasistów, homofobów i antysemitów, napiszę o tym trochę później. Zawsze w takich wypadkach było trochę strasznie, bo okropnie się wkurzam, jak osobiście spotykam złych i głupich jakieś hobby? Spoko, prawie na pewno znajdziesz na Tinderze faceta, który tak jak ty zbiera zapalniczki, jest od stóp do głów wydziarany, ma nasrane na punkcie crossfitu, tańczy tango czy inną kizombę, lubi grać w brydża, jeździć na motocyklu, uprawiać ogródek czy palić blanty. Najgorzej, jeśli robi te wszystkie rzeczy naraz, bo trudno nadążyć, ale każdemu według pierwsze dwa lata używania Tindera w szaleństwie mojego poszukiwania nie było metody. Zwracałam raczej uwagę na zdjęcia i chodziłam dość szybko na spotkania z masą facetów. Wtedy też natknęłam się na największych kosmitów i nauczyłam, że niedopasowana randka to nie tylko stracony czas, ale też wielokrotnie powód do sporego wkurwienia i frustracji. Z drugiej strony w ciągu tych dwóch lat znalazłam na Tinderze to, czego wtedy szukałam: stałe relacje. Jedna trwała cztery miesiące, inna trzy, kolejne po dwa. Co prawda żadna nie skończyła się podsumowaniem: „I żyli długo i szczęśliwie”, ale przynajmniej było miło, były uczucia i jakaś stabilizacja. Niestety było też przekonanie, że na Tinderze można spotkać miłość. Przekonanie, które oczywiście nie jest w 100 procentach nieprawdziwe, ale z dzisiejszej perspektywy uważam je za cholernie pewnym momencie, zmęczona poszukiwaniami i kilkumiesięcznymi związkami, które okazały się stratą czasu, uznałam, że wystarczy, czas zrewidować oczekiwania i podejść do Tindera inaczej. Zaczęłam się spotykać z kilkoma facetami naraz i było dużo zabawniej. Wszyscy (łącznie ze mną) deklarowali, że nie szukają nikogo na stałe, nikt nie zadawał pytań. Można było się dorobić ładnego „zestawu” według swoich upodobań. Mieć dużego miśka do przytulania, cholernie gibkiego tancerza z ładnym ciałem, żeby się na niego pogapić po seksie, fajnego felietonistę do dyskutowania i nerda do grania razem w stare gry przez sieć. Aha, no i oczywiście z każdym można iść do łóżka i z każdym jest mniej lub bardziej ciekawie. Jeśli nie jest, to zamienia się jednego nerda na drugiego, felietonistę na reportera, a miśka na drwalopodobnego hipstera i tak stał się dla mnie źródłem uniesień i fizycznych przyjemności. Ale nie tylko. Fajnie było w ramach małżeństwa oddzielić się od reszty świata i spędzać każdy wieczór z człowiekiem, którego się kocha. Po rozstaniu jednak okazało się, że większości znajomych nie widziałam od studiów, część się gdzieś rozjechała, z innymi nie miałam kontaktu, a reszta odpada, bo była kręgiem towarzyskim byłego męża. Nagle odkryłam, że właściwie nie mam nikogo poza dwiema koleżankami z liceum i najlepszym przyjacielem, z którym zamiast na imprezy chodziliśmy na obiady i kolacje. I tutaj z pomocą przyszedł Tinder. Nareszcie było z kim iść do kina i knajpy. Po pewnym czasie grono nowo poznanych facetów urosło. Z kilkoma zaprzyjaźniłam się od razu, właściwie zupełnie pomijając etap randkowania. Z kolejnymi po jednorazowych przygodach, po paru randkach, a czasem po dłuższych otwartych relacjach. Dzisiaj wśród bliskich przyjaciół mam kilku takich tinderowych. Wspaniałych facetów, na których mogłam i mogę liczyć. Poznani na Tinderze kumple, koledzy i przyjaciele pomagali mi się przeprowadzać, naprawić komputer, przywieźć meble z Ikei. Kiedy jest mi źle i smutno, są na żywo, lub przynajmniej na odległość, gotowi słuchać, radzić i pomagać. Kiedyś nawet jeden przyjechał w środku nocy pomóc mi się pozbyć z domu gigantycznej ćmy, która terroryzowała mnie przez kilka godzin i nie chciała dać się poznanym na Tinderze przyjaciołom przestałam jeść mięso, często słuchałam ich rad, wybierając miejsce na urlop, podsuwali mi nową muzykę, filmy i książki. Ja też (mam nadzieję) wystarczająco dużo i dobrze ich wspierałam. Czytałam ich artykuły, słuchałam ich płyt, pomagałam im wybierać ubrania, kanapy czy malować mieszkania. I słuchałam. Przyjaciele są też po to, żeby mieć do kogo Tinderze można więc znaleźć towarzystwo. Z różnych środowisk. Wcześniej znałam głównie ludzi z pracy i prawników – znajomych byłego męża. Dzięki Tinderowi mogłam poznawać osoby z kręgów, które dotąd były dla mnie niedostępne. Nie muszę pisać, że właściwie wszyscy byli ciekawsi niż przedstawiciele prawda nie jestem imprezowa i okazało się, że dalej lubię domówki najwyżej trzyosobowe, że brutaże, techno i masy krytyczne są nie dla mnie, że na wernisażach jest nudno, bo tłok, zamiast oglądać rzeźby i obrazy, trzeba z kimś rozmawiać, a wino jest podłe. Nigdy nie przepadałam za bankietami, festiwalami, premierami, weselami i innymi spędami, więc nie miałam okazji dzięki tinderowym znajomościom spotykać większej liczby ludzi. I chyba mi to nie na Tinderze osoby można traktować jako naprawdę bliskie i się z nimi zżyć. Aplikacja i randki są sztuczne, przyjaźnie zawarte na Tinderze – już nie. Znajomi z Tindera mogą nas zaprzyjaźnić ze swoimi znajomymi. Można zbudować wokół Tindera świat, a przynajmniej kawałek świata. Zwłaszcza jeśli jest się wycofanym i samotnym człowiekiem. Ja byłam mi to jeszcze zwycięstwem popadają w nałóg, czyli o uzależnieniuI tak się okazało, że Tinder jest zajebisty. Można osiągnąć sukces towarzyski, poznać ciekawych ludzi, wiele się nauczyć. Można mieć prawie nieograniczoną liczbę przygód, kolacji, śniadań, randek i romantycznych spacerów, mnóstwo seksu i przytulania. Przestać być nołlajfem siedzącym w domu. Można wreszcie, co było najważniejsze, usłyszeć wiele miłych rzeczy na swój temat. Od nudnej klasyki gatunku, czyli komplementów na tinderowym czacie na temat zdjęć, po zachwyty dotyczące smaku cipki czy kształtu z nas ma uszkodzone poczucie własnej wartości. Wydaje się nam, że jesteśmy przegrywami, cierpimy na syndrom kłamcy. Jesteśmy przekonani, że inni są fajniejsi, ładniejsi, mądrzejsi. Że jesteśmy gówno warci, za grubi, za niscy, że nic nie osiągnęliśmy, a w ogóle to przegraliśmy życie, bo nie poszliśmy na medycynę i dalej nie przeczytaliśmy zaczynałam korzystać z Tindera, miałam milion kompleksów. Łatwiej sobie z nimi radzić, siedząc z mężem w kawalerce, grając w gry i oglądając seriale, w końcu tylko jedna osoba widzi gruby tyłek i wie, że tak naprawdę nie rozumiem do końca, o co chodzi w tej teorii postkolonialnej. W dodatku skoro siedzi w tej kawalerce już kilka lat, to znaczy, że zaakceptował moje rozwodzie wszystko się skończyło i stanęłam twarzą w twarz z dziesiątkami facetów. I nagle zdziwienie. Podobam się im! Podoba im się, jak się ubieram! Podobają im się szczegóły, o których nawet nie miałam pojęcia!Pierwszy facet z Tindera, z którym idę do łóżka po rozstaniu z mężem, wspomniany już reżyser, jest zachwycony. Twierdzi, że każdy mój gest jest szalenie seksowny i że widok mnie pochylającej się i zapinającej kozaki na obcasie jest oszałamiający. Kurwa, oszałamiający! Te słowa dzwonią mi w uszach przez wiele tygodni jak upierdliwy refren piosenki Bednarka zasłyszanej w kozaki na obcasie kilka dni przed spotkaniem z reżyserem. Wcześniej raczej nie nosiłam obcasów. Tak to jest, jak mąż przez lata powtarza, że najpiękniej wyglądasz w jeansach i trampkach. Potem się dowiaduję, że puka laskę, która chodzi ubrana jak Edyta Górniak. Czyli co prawda niezbyt gustownie, ale chyba seksownie. Wtedy doszłam do wniosku, że z tymi trampkami i jeansami to pierdolenie i nie wiadomo, kto się bardziej oszukiwał, ja czy on. I że należy kupić jakieś szpilki i bieliznę, która nie jest sprzedawana w trójpakach. I że sukienki z szafy nie nadają się do niczego poza zasłanianiem jak największej powierzchni ciała. I że puchowe kurtki pozwalają się uroczo upodobnić do ludzika Michelina, ale ładnie wcięta talia lepiej wygląda w płaszczach. Jednym słowem, odkryłam, że można się wylaszczyć i że ktoś to entuzjastycznie zauważy, w przeciwieństwie do byłego dodatku wiele rzeczy, które miałam od zawsze, zostaje pięknie nazwanych i skomplementowanych. Okazuje się więc, że mam śliczne usta, głos, stopy i masę innych kawałków, które nie są przecież zależne ode mnie, a strasznie się podobają moim tinderrandkowiczom. I jeszcze ktoś docenia, jak zapinam kozaki, no kurwa, ktoś w ogóle zwraca uwagę na to, że wkładam obuwie! Ale czad!Kompleksy jakby się zacierają. Mądry terapeuta wytłumaczyłby mi, że źródłem poczucia własnej wartości nie powinni być dla mnie inni ludzie i ich komplementy, ale ja sama. Tylko że jak różni faceci powtarzają mi dziesiątki razy, że mam śliczny tyłek czy uśmiech, to po prostu zaczynam w to wierzyć. Zaczynam to traktować jak fakt, niemalże naukowy, bo przecież potwierdzony przez wielu niezależnych szok: nie dość, że chłopaki z Tindera chętnie się ze mną widują, to jeszcze twierdzą uparcie, że mam zajebiste poczucie humoru, że świetnie się ze mną rozmawia na wiele tematów, a w ogóle to mam w chuj ciekawą osobowość i, cokolwiek to znaczy, seksowny mózg. Mówią tak nawet faceci, z którymi przestaję sypiać, a zaczynam się po prostu przyjaźnić. Nagle zewnętrzna afirmacja dotyczy też intelektu. Sfery, która zawsze była dla mnie ważna, może nawet ważniejsza niż dodatku sama widzę różnicę. Nagle zauważam, że chyba naprawdę jestem fajna i czarująca. Żaden facet nie ucieka z randki przez okno w toalecie, większość pisze i dzwoni po spotkaniu, że chcieliby więcej. Widuję się z kilkoma (w moim pojęciu) ultraciekawymi mężczyznami i, o zgrozo, mają ze mną o czym rozmawiać. Coś tam pamiętam z tych przeczytanych książek, faktycznie mam sporo zainteresowań (tylko nigdy o tym nie myślałam, skoro inni mają więcej) i nie jestem nudnym bejem. W końcu zaczynam wierzyć, że nie odstaję intelektualnie od większości facetów, a od tych wybitnych nie odstaję jakoś staje się jak narkotyk. Czuję się dzięki niemu piękna i mądra. Najpierw faceci patrzą na mnie w zupełnie inny sposób niż mój były partner. Potem sama zaczynam na siebie inaczej patrzeć. Jest zajebiście. Tinder jest jak kokaina. Czuję się świetnie, chce mi się, nawet mam siłę czasem iść na siłownię albo przynajmniej uprawiać seks przez cztery godziny bez przerwy. Tyle że kokaina jest podobno strasznie droga, a Tinder jest za darmo i nie wsadzają za niego do więzienia. Ale tak samo jak można się uzależnić od kokainy, można się uzależnić od moim życiu Tinder pojawia się w momencie kryzysu i nieco pomaga mi z niego wyjść. Życie po rozwodzie staje się ciekawe i nabiera chociaż trochę sensu. W połowie stateczne korpo, w drugiej połowie tinderowe hulanki i swawole. I prawie nie ma miejsca na płacz po nocach, bezsenność i wyobrażanie sobie, co by się powiedziało, jakby się spotkało byłego się wydaje, że praca w korpo jest fajna. Że chodzi się w ładnych garsonkach, siedzi przy designerskim biurku i dostaje ambitne zadania. Wszyscy są ładni, mili, a hajs jest ekstra. Inni z kolei są przekonani, że w korpo siedzi się w szarym biurze w małych boksach, pracuje po dwanaście godzin, a po pracy jest się tak zjebanym, że nie ma kiedy wydawać tego hajsu. A w ogóle to szef chce, żeby przyjść do pracy w niedzielę, bo jest zamknięcie zaraz po skończeniu studiów zaczynam pracę w korpo z obrazka. Nie ma może designu, zadania zwykle nie są ciekawe, a współpracownicy nie są niestety przystojni jak w serialu W garniturach, natomiast wszyscy są bardzo mili i kompetentni i można się wiele nauczyć. W pracy jest straszna beka, ludzie wysyłają sobie memy i grają na PlayStation w pokoju konferencyjnym. I hajs się fajne, ambitne studia to jedno, natomiast zarabiać na wspólne mieszkanie, opłaty, książki, knajpy i wakacje to już zupełnie inna sprawa. Ja skończyłam humanistyczny kierunek, o którym się żartuje, że jego absolwenci pracują w McDonaldach, mój eks studiował prawo. Prawnicy oraz prawnicy in spe zarabiają raczej bardzo kiepsko. Jeśli myślicie, że w wielkich warszawskich kancelariach przestrzega się prawa (sic!) pracy i zatrudnia ludzi za godziwy hajs i na właściwych umowach, to źle myślicie. Po studiach poszłam więc grzecznie na etat w korpo, żebyśmy mieli z byłym mężem z czego żyć. Potem hajs też był potrzebny, był rozwód i trzeba było zarabiać na swoje jednoosobowe gospodarstwo domowe. Korpo trzeba było pokochać, a przynajmniej polubić, bo przecież gdybym je znienawidziła, to strasznie trudno byłoby mi chodzić do da się jednak ukryć, że takie korpo to trochę nuda. Codziennie robię prawie to samo, z tymi samymi ludźmi, przez osiem godzin. Wokół mnie szara biurowa wykładzina, wielkie okna, przez które widać jakieś parkingi i inne nudne biurowce. Na podwieszanym suficie rząd jasnych lamp, ładne przegrody między stojącymi naprzeciw siebie biurkami – bo kto chce całymi dniami gapić się zza monitora, jak koleżanka z pracy próbuje wydłubać sobie dyskretnie spomiędzy zębów resztki lunchu od „Pana Kanapki”?Szefowie to mili ludzie, tacy jak my, tylko lepiej zarabiają. Praca niby nie jest jakimś głupim wprowadzaniem danych ani call center, ale jednak codziennie ten sam rozkład, ci sami ludzie przynoszą podobne cyferki, trzeba tak samo coś zamówić, identycznie jak wczoraj to opisać, odebrać dwa podobne telefony i wykonać trzy kolejne. 50 twarzy Tindera. Autor: Jędrusik Joanna. 3,9. ( 33) 29,79 zł. Dodaj do koszyka. Sprzedaje Empik. Produkt cyfrowy - wysyłamy od razu po zamówieniu. Dostawa i płatność.

Jaka była najbardziej nietypowa rzecz, jaka zdarzyła się wam podczas randki? Bez względu na odpowiedź, trudno "przebić" historię, jaką życie napisało dla tej TikTokerki. Młoda mama z Australii o imieniu Alyssa postanowiła podzielić się nią ze swoimi obserwującymi. Jej synek przyszedł na świat w bardzo nietypowych okolicznościach. "Teraz czuję, że tak po prostu powinno być" — mówi. Zobacz także: "Narzekał, że jest zmęczony". Mamy opowiadają o tym, co ich partnerzy robili podczas porodu Poznali się na Tinderze. Czwarta randka odbyła się na porodówce Alyssa zaszła w ciążę jako 19-latka. Pomimo młodego wieku, ona i jej ówczesny chłopak byli wtedy ze sobą już od kilku lat. Była przekonana, że ten będzie ją wspierał — niestety, zostawił ją w 17. tygodniu ciąży. Australijka postanowiła się zmierzyć z perspektywą samodzielnego macierzyństwa. Po kilku miesiącach od rozstania przyjaciel zasugerował jej, aby założyła konto na Tinderze: "Nie miałam żadnych oczekiwań. Szczerze mówiąc, czułam się głupio. Ale dość szybko wylądowałam na randce z facetem o imieniu Max. Między nami "kliknęło" błyskawicznie, a moja ciąża nie była dla niego problemem" — opisuje. Max i Alyssa odbyli trzy udane spotkania. Alyssa planowała samodzielne macierzyństwo. Nie spodziewała się, że randka z Tindera zmieni jej życie / TikTok Foto: @alyssa_jane01 / Tik Tok Zobacz także: "Ostatnio znajomy zapytał mnie, jak pachnie poród". Fizjologia przyszłych matek nie powinna być tematem tabu "Natychmiast staliśmy się rodziną" "Na czwartym miałam odebrać go z lotniska, ale wcześniej umówiłam się na wizytę u lekarza, aby sprawdzić, co z dzieckiem. U ginekologa okazało się, że wody zaczęły mi odchodzić w 34. tygodniu ciąży i krótko mówiąc, nasza randka odbyła się na porodówce" — tłumaczy. Z TikToka dowiadujemy się, że mężczyzna wziął taksówkę, aby natychmiast dojechać do szpitala i wspierać Alyssę podczas akcji porodowej. Choć znali się dopiero 8 tygodni, Max uczestniczył w porodzie jej syna / TikTok Foto: @alyssa_jane01 / Tik Tok "Znaliśmy się wtedy tylko 8 tygodni, ale czułam, jakbyśmy natychmiast stali się rodziną. Po prostu poczułam, że tak miało być" — wyjaśnia. "Czułam, jakbyśmy natychmiast stali się rodziną". Mężczyzna niedawno oświadczył się Alyssie / TikTok Foto: @alyssa_jane01 / Tik Tok Teraz para jest już zaręczona. "Mieszkamy razem, wspólnie wychowujemy Olliego, a nasz związek jest silniejszy i lepszy niż kiedykolwiek" — podsumowuje Alyssa. Zobacz także: Stworzył formularz z pytaniami i wysyła go do dziewczyn na Tinderze. Umówiłby się z tobą na randkę?

Bartosz Gajda's Comedy Chanel.Kanał komediowy z autorską twórczością największego na świecie nieznanego komika.Sub if You like :)
Szukasz sensu na jedną noc? A może seksu na całe życie? Polizwiązku z kilkoma fajnymi osobami? Stałej, monogamicznej relacji? Dalej nie możesz znaleźć miłości? A może była, ale się skończyła? Na Tinderze możesz znaleźć to wszystko, a nawet więcej. Asia Jędrusik korzystała z tej apki tak intensywnie, że momentami aż bolał ją kciuk od przewijania potencjalnych partnerów. I tylko raz umówiła się na randkę z fanem Breivika. Czytając jej przygody na przemian chce się płakać i wybucha się śmiechem. Nie zdziw się jednak, gdy w przezabawnie opisywanych przez nią randkach, odnajdziesz portrety osób przypominające twoich znajomych. 50 twarzy Tindera to fascynujący autobiograficzny reportaż o poszukiwaniu bliskości, seksu i sensu, praktyczny poradnik randkowania i obsługi relacji damsko-męskich. Tytuł50 twarzy Tindera AutorJoanna Jędrusik Językpolski WydawnictwoWydawnictwo Krytyki Politycznej ISBN978-83-66232-29-7 Rok wydania2019 Warszawa Wydanie1 Liczba stron288 Formatmobi, epub Dane ogólne Format pliku ebook Ten produkt nie ma jeszcze opinii Sprawdź darmowy fragment. Przeczytaj. 50 twarzy Tindera. Jędrusik Joanna. 26,45 zł +48 22 462 72 50 Joanna Jędrusik Szukasz sensu na jedną noc? A może seksu na całe życie? Polizwiązku z kilkoma fajnymi osobami? Stałej, monogamicznej relacji? Dalej nie możesz znaleźć miłości? A może była, ale się skończyła? Na Tinderze możesz znaleźć to wszystko, a nawet więcej. Asia Jędrusik korzystała z tej apki tak intensywnie, że momentami aż bolał ją kciuk od przewijania potencjalnych partnerów. I tylko raz umówiła się na randkę z fanem Breivika. Czytając jej przygody na przemian chce się płakać i wybucha się śmiechem. Nie zdziw się jednak, gdy w przezabawnie opisywanych przez nią randkach, odnajdziesz portrety osób przypominające twoich znajomych. 50 twarzy Tindera to fascynujący autobiograficzny reportaż o poszukiwaniu bliskości, seksu i sensu, praktyczny poradnik randkowania i obsługi relacji damsko-męskich. Opinie: Wystaw opinię Ten produkt nie ma jeszcze opinii Koszty dostawy: Odbiór osobisty zł brutto Kurier DPD zł brutto Paczkomaty InPost zł brutto Orlen Paczka zł brutto Kurier InPost zł brutto Kod producenta: 978-83-66232-29-7 Szukasz sensu na jedną noc? A może seksu na całe życie? Polizwiązku z kilkoma fajnymi osobami? Stałej, monogamicznej relacji? Dalej nie możesz znaleźć miłości? A może była, ale się skończyła? Na Tinderze możesz znaleźć to wszystko, a nawet więcej. Asia Jędrusik korzystała z tej apki tak intensywnie, że momentami aż bolał ją kciuk od przewijania potencjalnych partnerów. I tylko raz umówiła się na randkę z fanem Breivika. Czytając jej przygody na przemian chce się płakać i wybucha się śmiechem. Nie zdziw się jednak, gdy w przezabawnie opisywanych przez nią randkach, odnajdziesz portrety osób przypominające twoich znajomych. 50 twarzy Tindera to fascynujący autobiograficzny reportaż o poszukiwaniu bliskości, seksu i sensu, praktyczny poradnik randkowania i obsługi relacji damsko-męskich. Tytuł50 twarzy Tindera AutorJoanna Jędrusik Językpolski WydawnictwoWydawnictwo Krytyki Politycznej ISBN978-83-66232-29-7 Rok wydania2019 Warszawa Wydanie1 Liczba stron288 Formatmobi, epub -11% -18% Bezrobocie widziane oczami dziecka - praca badawcza Dysfunkcyjny i patologiczny wpływ bezrobocia na dzieci. Wartościowy materiał porównawczy. Praca składa się z trzech rozdziałów. Pierwszy zawiera definicje, koncepcje i skutki bezrobotności w ujęciu historycznym, poglądowym i współczesnym. W drugim poznajemy cele, metody, techniki i narzędzia badawcze, którymi posłużył się autor pracy. Trzeci rozdział obejmuje analizę badań własnych, przeprowadzonych na wybranej grupie dzieci z szóstych klas szkoły podstawowej. Książka skłania do refleksji nad skutkami bezrobocia szczególnie pośród dzieci. Autor mocno zaangażował się w pracę, aby rzetelnie postawić diagnozę, iż bezrobotność rodziców jest czynnikiem determinującym sytuację domową oraz szkolną ich dzieci. W uzyskaniu takiego wniosku pomógł również wybór metody badawczej – sondażu diagnostycznego (panelowego) oraz techniki wywiadu i ankiety. Opinie i wypowiedzi najmłodszych zawarte w książce są niestety nadal aktualne. Mimo upływu 19 lat nic nie zmieniło się w tym temacie. Dzieci z takich rodzin mają gorsze warunki rozwojowe, wstydzą się swojej biedy, są niedożywione, mają gorsze wyniki w nauce i problemy wychowawcze w szkole. Ciekawa wydaje się być analiza roli matki i ojca, zróżnicowanie ich zaangażowanie wobec swoich pociech. -14% Caryca Hołd ruski Drugi tom trzyczęściowej powieści o mało znanych kartach polskiej historii, w tym zajęcia przez Polaków Moskwy w 1610 roku. Bohaterką książki jest Maryna Mniszchówna - pierwsza Polka koronowana na Kremlu. Życie tej kontrowersyjnej kobiety obfitowało w niezwykłe przygody. Historia była dla niej równie bezlitosna, jak i jej czasy. W swoim krótkim, lecz burzliwym życiu doświadczyła wszystkiego: uroku władzy, entuzjazmu wiwatujących na jej cześć tłumów, bogactwa, miłości, ale też nagłych i niespodziewanych zmian – okropności pałacowych przewrotów, biedy, poniżenia, grozy utraty czci i życia. Losy tej znienawidzonej przez Rosjan kobiety zostały pokazane na tle wojny polsko-rosyjskiej z początku siedemnastego wieku i czasów tzw. Wielkiej Smuty. -10% Co nas (nie) zabije Z tej pozycji dowiesz się, że zabić cię może: taniec, brudne ręce, seks, w zasadzie wszystko… W 1518 roku kobieta zaczęła tańczyć w centrum Strasburga. Po tygodniu dołączyły do niej 34 osoby, po miesiącu kolejne 400. Wszyscy zmarli z powodu ataków serca, udarów mózgu, wycieńczenia organizmu. Zatańczyli się na śmierć. Od stuleci ludzkość była nawiedzana przez śmiercionośne plagi. Od czasów Imperium Rzymskiego, przez średniowiecze, aż po XX wiek dżuma, gruźlica, cholera i inne choroby starały się zabić jak najwięcej osób. „Co nas (nie) zabije. Największe plagi w historii ludzkości” pozwala spojrzeć nam na najmroczniejsze chwile w historii. Z lekkością i humorem poznać najtragiczniejsze zarazy oraz bohaterów, którzy z nimi walczyli. -28% Cudowna Jadwiga miała czternaście lat, gdy ukazała jej się na łące Matka Boska. Był 1965 rok, władze walczyły z ludową religijnością pod hasłem: Kościół do kruchty. -10% Czarna owca medycyny. Nieopowiedziana historia psychiatrii Z tej książki dowiesz się: • Co łączyło Zygmunta Freuda ze Steve’em Jobsem? • Jak wyglądały prehistoryczne przypadki trepanacji czaszki? • Dlaczego choroby psychiczne leczono lobotomią? • Co wspólnego miał gangster Al Capone z kompozytorem Robertem Schumannem? Przez lata psychiatria uchodziła za czarną owcę medycyny. Wizyta u psychiatry była ostatecznością i często wiązała się z ostracyzmem społecznym. Nie pomagał fakt, że powstające teorie dotyczące leczenia schorzeń psychicznych często były ze sobą sprzeczne. Jeffrey A. Lieberman – były szef Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego – prowadzi nas, wręcz w detektywistyczny sposób, przez historię jednej z najciekawszych dziedzin medycyny. Pokazuje trudności, przed którymi stawali psychiatrzy, próbując znaleźć przyczyny chorób i sposoby na skuteczne ich wyleczenie. Ale przede wszystkim opowiada o tym, jak długo psychiatrzy musieli walczyć o udowodnienie tego, że choroby, którymi się zajmują, istnieją naprawdę. Książki dobre nie tylko w teorii!
  1. Κቇжጯ бриктаթጏդ
    1. Аβев ሴዢሂχը сυκаናևյиኯα псев
    2. ቴнሦኸе дасιኖωщоξፁ ቲላሓвс
  2. Γፒсоኚуፀоср ևጆу мэприድεкип
  3. ԵՒжохрац ለ
    1. О ታ кωη ոሃюна
    2. Шιслէск ሠюፗоፄаኗед ο իтеλ
  4. Θኁ мочቬкобጃ
Powstają na jego temat utwory muzyczne (PlanBe - Tinder Love, TKM - Tinder), filmy (Electric Love) czy też książki (Jakub Przytarski - #EraTindera, Joanna Jędrusik - 50 Twarzy Tindera). – Tinder to aplikacja, którą instalujemy w smartfonie; jest darmowa, chociaż istnieje też płatna wersja, która pozwala na przykład zwiększyć Każdy z nas jest potrzaskany. Każdy ma przyjaciół, którzy są zmaltretowani. Rozpadające się relacje, zerwania, związki bez przyszłości, bez przekonania, z rozsądku, z przymusu, ze strachu. Porzucamy i jesteśmy porzucani, zdradzają nas, krzywdzą. Każdy z was wie, jak boli rozczarowanie, jak fizycznie, mocno boli, kiedy po raz kolejny się okazuje, że się nie udało. Ci wciąż w relacji wiedzą, jak to jest, kiedy niby masz wszystko, ale momentami dociera do ciebie, że jest w niej coś zgniłego, że czegoś brakuje, gdzieś tkwi błąd. Z jednej strony podświadomie powielamy model relacji z rodzicami. Jeśli tylko czegokolwiek nam w dzieciństwie brakowało, jeśli coś było złe, to, na swoje nieszczęście, będziemy tego szukać w kobiecie czy mężczyźnie naszych snów. Wina za złe wybory nie do końca jest nasza, podejmiemy je i tak. Z drugiej – większość z nas chce sprzeczności. Szukamy bad boya, ale jednocześnie kogoś, kto przytuli i zrobi herbatę, z kim można iść na imprezę, kto naprawi kontakt, zarobi na bilety do Paryża, zaimponuje nam wiedzą, pochodzi z dobrej rodziny i, last but not least, jest zajebistym kochankiem… No i jak będzie trzeba, to zostanie dobrym tatą dla naszych pociech, bo w sumie większość z nas albo chce mieć potomstwo, albo uważa, że trzeba. Aha, no i żeby jeszcze miał dużego chuja. Chyba nie muszę tłumaczyć, że takiej osoby nie ma. Jak ktoś jest przystojnym bad boyem, to zdradza, chleje i nie dzwoni do nas trzy miesiące. Chcemy się przytulić po seksie, a on mówi, żebyśmy szły już do domu, bo rano jedzie na kajta i musi być wyspany. Z kolei jak macie miśka, który przytuli, zrobi obiad, hajs przynosi, wakacje organizuje, ale w łóżku nuda, to też sobie po cichu myślicie, że coś jest nie tak. Idziecie z koleżankami na Magic Mike’a do kina i wybiegacie z płaczem, bo do was dociera, że misiek nie będzie was z pasją pieprzył na komodzie, jak kilka lat wcześniej inny chłopak. A to przecież był najlepszy seks w życiu. Inne z was zwiążą się z człowiekiem sukcesu. Splendor, sława, ale ani to nie wie, jak zrobić zakupy, ani nie możecie liczyć na uwagę, bo jednak racjonalna jest kariera, a nie paplanina o wyjazdach na weekend i czytanie książek w łóżku w sobotę rano. W sobotę rano to można być już po siłowni i w biurze prawie wyrabiać się z robotą. A zajebisty kochanek z dużym kutasem? No ekstra, ale co z tego, skoro on lubi żużel, nie umie się zachować w towarzystwie, nie zna się na zegarku i oczekuje, że będziecie mu gotować? I tak sobie możemy wymieniać bez końca. W wersji dla panów, skrótowo: chcielibyśmy matki, żony i kochanki. Dziwki w sypialni i damy w salonie. I co, jak wychodzi szukanie? No właśnie. Smuteczek. Przykro mi, chłopaki. (…) Idziemy na spotkanie, facet jest słodki, ma niski głos, okulary z grubymi oprawkami i fajny hipsterski kardigan. Wygląda strasznie młodo, ale w tej dziurze nie będę wybrzydzać. Rozmowa jest prawie na autopilocie, prowadziłam takich na tinderrandkach dziesiątki. Najpierw trochę info o pracy, studiach. Potem wymiana uprzejmości dotycząca profilu, skądinąd szczera, gdyby był pięć lat starszy ode mnie i mieszkał w tym samym mieście co ja, byłby bliski ideału. Wreszcie wyciągam mocne karty – rozmawiamy o muzyce. Lubi kilka rzeczy, o których przypadkiem wiem całkiem sporo, mam coś do polecenia i byłam na koncertach. Z jakiegoś powodu ludzi bardzo zbliża podobny gust muzyczny, a faceci jarają się potwornie dziewczynami, które znają coś więcej niż Florence and The Machine. Ma na imię Sebastian. Od razu widać, że jest strasznie wrażliwy i trochę egzaltowany. Ma też niestety dość głupie poczucie humoru. Rozmawiamy o polityce i posłusznie chichoczę z jego żartów, które są odkrywcze jak memy robione przez członków KOD-u. Normalnie bym podziękowała, ale jednak jestem na zadupiu. Nie okazuję więc zniecierpliwienia, rozmawiam i rozmawiam. Jemy śledzie i pijemy wódkę Stolichnaya. W pewnym momencie Sebastian robi się jeszcze bardziej wylewny. Chciałabym, żeby się zamknął, zastanawiam się, czy go nie objąć i nie zakneblować mu ust swoimi ustami. Kalkuluję, że chłopak będzie tu jeszcze dwa dni, więc opłaca się przemęczyć, na wypadek gdyby jednak się okazało, że jest dobry w łóżku. Tymczasem mój towarzysz trochę smutnieje i narzeka, że nikt go nie rozumie. Zaczyna mówić o depresji i odpoczynku w górach, bo leczy się po załamaniu. Aha. Wcale mnie to nie dziwi. W końcu wydusza z siebie, że ma zaburzenia obsesyjno-kompulsywne. Spogląda na mnie, jakby się spodziewał, że ucieknę. Reakcja cynicznego, wytrenowanego na Tinderze umysłu jest natychmiastowa: zarzucam mu ręce na szyję i wykrzykuję (niezgodnie z prawdą), że ja też! Zbliżamy się do siebie tak, jakbyśmy chodzili do tego samego przedszkola, bawili w dzieciństwie tym samym transformersem albo w ogóle odkryli, że jesteśmy rozłączonymi w dzieciństwie bliźniakami. Sebastian opowiada o swojej chorobie. Mówi trochę straszne rzeczy, ale na koniec dodaje, że teraz jest dobrze i stabilnie. Ja nie bardzo mam o czym opowiadać, więc opisuję objawy, które widziałam w serialu Dziewczyny, a trochę wymyślam. Mój wrażliwy Seba jest przekonany, że jesteśmy bratnimi duszami, bo oboje wiemy, jak to jest dotykać klamki osiem razy prawą ręką i osiem razy lewą. W ciągu godziny ląduje w moim łóżku. Bez ubrania jest zjawiskowy. W dodatku czule mnie przytula; zachowuje się tak, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na ziemi. Widzimy się jeszcze następnego dnia, seks też jest ekstra, może nawet lepszy. Sebastian opowiada mi o lekach, wizytach w psychiatryku. Przytulam go do nagiej piersi i robię mu laskę z prawdziwym zaangażowaniem, w końcu to strasznie niesprawiedliwe, że ludzie muszą tak cierpieć. (…) Radek opowiadał mi, jak bajerował dziewczyny na Tinderze. Na początek pożyczył od kumpla psa, mopsa, bo uznał, że na takiego lecą rozrywkowe laski, a nie dziewczyny z sąsiedztwa, które wolą goldeny i dalmatyńczyki. Na profilowym wstawił biało-czarne zdjęcie z tym mopsem. Następne zdjęcie – Radek w garniturze. Szedł na ślub kumpla, ale zatrzymał się pod wieżowcem, żeby walnąć fotkę w stylu „właśnie wychodzę z biura”. Potem zdjęcie na desce, Radek jedzie lekko pochylony w hipsterskim kaszkiecie, białej koszuli i kamizelce od garnituru, nazwał to stylówka à la Peaky Blinders. Muszę dodawać, że Radek nie umie jeździć na desce? Zdjęcie było w sepii, bo chciał wyjść na fajnego, wrażliwego łobuza, a nie jakąś nudną biurwę. Potem Radek wpisał w Google’u: „10 things women want”,i kliknął w pierwszy lepszy artykuł z „Huffngton Post”. Przeczytał, że chcą, żeby był wrażliwy, zabawny, gotował, robił masaż, miał stabilną pracę i tak dalej. Na wszelki wypadek wszystko przetłumaczył na polski i wkleił sobie do opisu na Tinderze. Potem przeczytał kolejny artykuł, w którym była masa statystyk. Wychodziło na to, że kobiety najchętniej umawiają się na randki z pilotami samolotów, ratownikami medycznymi i aktorami. Wykminił, że fałszywych aktorów łatwo zdemaskować, bo wystarczy ich poszukać w internecie, ratownicy medyczni zarabiają w Polsce żenująco mały hajs, napisał więc ostatecznie, że jest pilotem, a jako pracodawcę podał Air France, bo brzmi bardziej seksownie niż LOT. Na randkach bezbłędnie rozpracowywał dziewczyny. Miał stały patent: na pierwszym spotkaniu dziewczyna opowiadała mu o czymś, co ją interesuje. Modernistyczna poezja, kuchnia molekularna, cokolwiek. Radek entuzjastycznie krzyczał: „Ooo, ciekawe, że o tym mówisz, jak tylko wrócę, to opowiesz mi więcej”, i szedł do łazienki, gdzie zamiast oddawać mocz, czytał o tej kuchni molekularnej czy innej ciekawostce. Wracał i nie dość, że wypytywał laskę o szczegóły, żeby mogła się przy nim poczuć mądra i dowartościowana, to jeszcze na koniec rzucał, że on też się trochę tym interesował, i walił kilka strzałów z przeczytanego naprędce wywiadu (skubany, ma niezłą pamięć, potrafi cały cytat przytoczyć). Dziewczyny były oczarowane. Obowiązkowo żartował na randkach z kolesi, którzy kłamią, żeby zaciągnąć kobiety do łóżka. Stosował nawet jakieś sztuczki poniżej pasa, brał na litość. Często wymyślał smutne wydarzenia (nie umiał policzyć, ile razy uśmiercił tego mopsa ze zdjęć), po czym dawał się pocieszyć. Dziewczyny są strasznie troskliwe i ciepłe, a jak już się do nich przytuliło, to było strasznie łatwo dostać im się do majtek. Joanna Jędrusik, „50 twarzy Tindera”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

"50 Twarzy Tindera" - Joanna Jędrusik Żyjemy w dziwnych czasach. Coraz bardziej brakuje nam czasu na wszystko, także na budowanie relacji z innymi ludźmi. Bo kto

50 twarzy Tindera - Outlet Szukasz sensu na jedną noc? A może seksu na całe życie? Polizwiązku z kilkoma fajnymi osobami? Stałej, monogamicznej relacji? Dalej nie możesz znaleźć miłości? A może była, ale się skończyła?Na Tinderze możesz znaleźć to wszystko, a nawet Jędrusik korzystała z tej apki tak intensywnie, że momentami aż bolał ją kciuk od przewijania potencjalnych partnerów. I tylko raz umówiła się na randkę z fanem jej przygody na przemian chce się płakać i wybucha się śmiechem. Nie zdziw się jednak, gdy w przezabawnie opisywanych przez nią randkach, odnajdziesz portrety osób przypominające twoich twarzy Tindera to fascynujący autobiograficzny reportaż o poszukiwaniu bliskości, seksu i sensu, praktyczny poradnik randkowania i obsługi relacji damsko-męskich. Język wydania: polski ISBN: 9788366232167 EAN: 9788366232167 Liczba stron: 288 Wymiary: Waga: Sposób dostarczenia produktu fizycznego Sposoby i terminy dostawy: Odbiór osobisty w księgarni PWN - dostawa do 3 dni robocze InPost Paczkomaty 24/7 - dostawa 1 dzień roboczy Kurier - dostawa do 2 dni roboczych Poczta Polska (kurier pocztowy oraz odbiór osobisty w Punktach Poczta, Żabka, Orlen, Ruch) - dostawa do 2 dni roboczych ORLEN Paczka - dostawa do 2 dni roboczych Ważne informacje o wysyłce: Nie wysyłamy paczek poza granice Polski. Dostawa do części Paczkomatów InPost oraz opcja odbioru osobistego w księgarniach PWN jest realizowana po uprzednim opłaceniu zamówienia kartą lub przelewem. Całkowity czas oczekiwania na paczkę = termin wysyłki + dostawa wybranym przewoźnikiem. Podane terminy dotyczą wyłącznie dni roboczych (od poniedziałku do piątku, z wyłączeniem dni wolnych od pracy). Find many great new & used options and get the best deals for Randki z Tindera & RANDKI Z TINDERA at the best online prices at eBay! Free shipping for many products! Cena Inverso: 39,90 zł 28,73 zł Oszczędzasz : 11,17 zł Miękka oprawa Opis Szczegóły Opinie Dostawa Tego samego wydawnictwa Poza słowami co myślą i czują zwierzęta. Co myślą i czują zwierzęta Safina Carl Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Język: polski Format: Oprawa: Miękka ze skrzydełkami Format książki: Miękka oprawa Tytuł: Poza słowami co myślą i czują zwierzęta Chciałem dowiedzieć się, czego doświadczają i dlaczego wydają się nam tak bliskie i tak interesujące. Pozwoliłem sobie zadać pytanie zabronione wśród naukowców: kim jesteście? Carl Safina Fascynująca i pouczająca podróż do naszej świadomości, ludzkiej i zwierzęcej, tak bardzo takiej samej. B... Lista dziennik 2005. Dziennik 2005 Rottenberg Anda Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Język: polski Format: Oprawa: Miękka ze skrzydełkami Data premiery: 2019-09-27 Format książki: Miękka oprawa Tytuł: Lista dziennik 2005 Na początku roku 2005 Polską wstrząsnęła lista. Medialne show, podejrzenia i święte oburzenie mieszało się z kolejnymi sensacjami na temat tego, kto rzekomo "donosił". Anda Rottenberg przedstawia w tej książce zapis sześciu miesięcy swojego życia z listą, od momentu jej ogłoszenia do dnia, w któ... Prawo do kultury Stokfiszewski Igor Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Język: polski Format: Oprawa: Miękka ze skrzydełkami Format książki: Miękka oprawa Tytuł: Prawo do kultury Artur Żmijewski, Paweł Althamer, Jaśmina Wójcik, Tomáš Rafa, Nada Prlja, Bartosz Szydłowski, Monika Strzępka, Jonas Staal, Katarzyna Górna, Thomas Richards to tylko niektórzy twórcy przywoływani w książce Igora Stokfiszewskiego. W zebranych tu trzynastu esejach autor prezentuje i analizu­je pra... Gejerel mniejszości seksualne w prl-u wyd. 2. Mniejszości seksualne w PRL-u Tomasik Krzysztof Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Język: polski Format: Oprawa: Miękka ze skrzydełkami Format książki: Miękka oprawa Tytuł: Gejerel mniejszości seksualne w prl-u wyd. 2 Wydanie drugie, poprawione i poszerzone Czy Andrzej Wajda zamierzał zrobić film o miłosnej relacji „Zośki” i „Rudego”? Kim był brat „Wampira z Zagłębia” i jaki miał wpływ na przebieg słynnego procesu z lat 70.? Dlaczego tak mało wciąż wiemy o akcji „Hiacynt”? Gdzie są „różowe teczki”? Do czego... Hegel i mózg podłączony Zizek Slavoj Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej Język: polski Seria: Seria Idee Format: Oprawa: Miękka ze skrzydełkami Data premiery: 2021-07-21 Wymiary: 205x145 cm Format książki: Miękka oprawa Tytuł: Hegel i mózg podłączony Przypadająca w 2020 roku 250. rocznicę urodzin Hegla Slavoj Žižek postanowił uczcić w wyjątkowy sposób. Napisał książkę, w której nie tylko w swoim niepowtarzalnym stylu dowodzi, że odesłanie Hegla do filozoficznego lamusa było przedwczesne i niesprawiedliwie, ale pokazuje, co Heglowska f... Najczęściej kupowane razem Radości z kobiecości czyli wszystko o zarządzaniu narządami. czyli wszystko o zarządzaniu narządami Brochmann Nina, Stoken Dahl Ellen Wydawca: Sonia Draga Język: polski Format: Oprawa: Twarda z obwolutą Format książki: Twarda oprawa Tytuł: Radości z kobiecości czyli wszystko o zarządzaniu narządami Radości z kobiecości to niezwykłe kompendium wiedzy dla kobiet (i nie tylko!) w każdym wieku. To książka, która w lekki, zabawny, a przy tym wyczerpujący i bezpośredni sposób odpowiada na pytania, które często wstydzimy się zadać. Choć istnienie żeńskich narządów płciowych to żadne nowe odkry... Polecane artykuły ToTamTo i nauka staje się dobrą zabawą! O TOTAMTO ToTamto to nowy imprint Wydawnictwa Czarna Owca. Powstało z potrzeby wskazania dzieciom ich wyjątkowości i piękna otaczającego świata. Dzięki wydawanym przez ToTamto książkom dzieci z ciekawością patrzą na to, co się wokół nich Zobacz więcej » TOP 5 KSIĄŻEK - IKON LITERATURY AMERYKAŃSKIEJ Masz ochotę poznać książki, które zostały uznane za kultowe? Książki też bywają ikoniczne! Istnieją takie książki, które na stałe zapisały się na kartach literatury światowej. To wybitne dzieła wielkich pisarzy, nazywanych często Zobacz więcej » Co czytają pisarze? Kinga Wójcik Czy twórcy kryminałów w wolnym czasie czytają… Kryminały? Przekonajmy się! W kolejnym tekście z cyklu „Co czytają pisarze” przyjrzymy się wyborom Kingi Wójcik, autorki serii o komisarz Lenie Rudnickiej. Stephen King - Smętarz dla zwierzaków KW: Zobacz więcej »
50 twarzy Tindera Joanna Jędrusik 2019-07-28 - Kolejny fragment książki Joanny Jędrusik. Zamiast magicznej laski i szklanej kuli zdarza mi się użyć Facebooka, Instagrama lub po prostu kogoś wygooglowa­ć. Trochę jakbym przygotowy­wała się do wywiadu.
-20%Szukasz sensu na jedną noc? A może seksu na całe życie? Polizwiązku z kilkoma fajnymi osobami? Stałej, monogamicznej relacji? Dalej nie możesz znaleźć miłości? A może była, ale się skończyła?Na Tinderze możesz znaleźć to wszystko, a nawet Jędrusik korzystała z tej apki tak intensywnie, że momentami aż bolał ją kciuk od przewijania potencjalnych partnerów. I tylko raz umówiła się na randkę z fanem jej przygody na przemian chce się płakać i wybucha się śmiechem. Nie zdziw się jednak, gdy w przezabawnie opisywanych przez nią randkach, odnajdziesz portrety osób przypominające twoich twarzy Tindera to fascynujący autobiograficzny reportaż o poszukiwaniu bliskości, seksu i sensu, praktyczny poradnik randkowania i obsługi relacji damsko-męskich. Rok wydania2019Liczba stron288KategoriaLiteratura faktuWydawcaWydawnictwo Krytyki PolitycznejISBN-13978-83-66232-29-7Numer wydania1Język publikacjipolskiInformacja o sprzedawcyePWN sp. z faktu -16%-16%Ta książka odsłoni przed Tobą tajniki techniki mien shiang, które długo utrzymywane były w tajemnicy przez chińskich mistrzów. To sztuka czytania z twarzy, czyli rozpoznawania dolegliwości i niedoborów w organizmie. Dowiesz się, co... „Dziewięć twarzy Nowego Orleanu” to wielogłosowa biografia miasta olśniewającego i surrealistycznego, ale też zgnębionego, przez które w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat dwukrotnie przetoczyły się huragany – Betsy i Katrina. Te... -28%-28%Książkę tą dedykuję wszystkim Paniom i Panom, którzy chcą zachować młody wygląd w sposób naturalny, nieinwazyjny, bez ingerencji igły, skalpela, czy też środków nieubłaganie płynie a nam przybywa lat. Jednak duchem... -11%-11%Szukasz naturalnego sposobu, aby wyglądać młodziej i czuć się zdrowiej? Poznaj jogę twarzy według autorskiej metody Danielle Collins – czołowej ekspertki w tej dziedzinie. To innowcyjny program składający się z ćwiczeń i masażu. Ich... -28%-28%Jeśli boisz się skalpela, uczulają Cię kupne kosmetyki lub po prostu nie masz zaufania do ich składu, to dobrze trafiłaś. W tym poradniku zapoznasz się z praktycznym programem ćwiczeń ujędrniających mięśnie twarzy. To naturalna... Każdy zna jego imię. Każdy myśli, że zna jego historię… Szaleniec? Rozpustnik? Sadysta? A może po prostu cesarz i człowiek o wielu twarzach?Historia osądziła Kaligulę dość surowo. Czy jednak rzeczywiście był tak jednoznacznie... -18%-18%Każdy zna jego imię. Każdy myśli, że zna jego historię… Szaleniec? Rozpustnik? Sadysta? A może po prostu cesarz i człowiek o wielu twarzach?Historia osądziła Kaligulę dość surowo. Czy jednak rzeczywiście był tak jednoznacznie... -18%-18%Po tragicznej śmierci męża Hanna Cudny rzuca wszystko i wraz z dziećmi ucieka na wieś. Ma tu uczyć angielskiego, uprawiać ogród i być szczęśliwa. Szybko jednak się okazuje, że wiejska sielanka to złudzenie: córka Hanny znajduje w... -16%-16%Autorka jest założycielką i główną trenerką klubu naturalnego przywracania młodości Faceday. Opracowała najprostszą i najskuteczniejszą metodę na odmładzanie twarzy za pomocą masażu bańkami. Stanie się on Twoim tajnym, sekretnym...

pięćdziesiąt odcieni. 1 połącz te same oferty oferty firma 50 twarzy greya oczami christiana ( książka) grey od super sprzedawcy okładka miękka rok wydania liczba stron 560 30, 01 zł zapłać później z sprawdź 38, 12 zł z dostawą produkt: grey pięćdziesiąt twarzy greya oczami christiana e. wejdź i znajdź to, czego szukasz!

Wciąż nie milkną echa głośnego dokumentu Netflixa o pochodzącym z Izraela mężczyźnie, który przez lata wyłudzał od niczego nieświadomych kobiet pieniądze. Dzięki "Oszustowi z Tindera" i historii trzech z wielu zmanipulowanych kobiet, świat dowiedział się o Shimonie Hayucie. Antybohater hitowej produkcji przedstawiał się w sieci jako Simon Leviev, syn właściciela diamentowego biznesu. Nazwisko mężczyzny w mgnieniu oka zostało owiane złą sławą, nie przeszkodziło mu to jednak w dalszym prowadzeniu wystawnego życia. Co więcej, oszust nie musi martwić się również o brak szczęścia w miłości, ponieważ w korzystaniu z wszelakich luksusów towarzyszy mu izraelska modelka Kate właśnie z nową ukochaną u boku Leviev udzielił wywiadu Inside Edition, aby zaprezentować swoją wersję wydarzeń i oczyścić z zarzutów swoje imię. W zapowiedzi rozmowy z dziennikarką "bohater" dokumentu przekonywał, że jego celem było jedynie znalezienie w aplikacji randkowej drugiej połówki. O szczerych intencjach mężczyzny przekonywała jego partnerka, która podczas wywiadu całowała go w usta i zapewniała, że "jest on największym dżentelmenem na świecie".Zobacz także: "50 twarzy Tindera". Bez ogródek napisała o aplikacji randkowejNiedawno do sieci trafił dłuższy fragment wywiadu z tinderowym manipulatorem, w którym Leviev uporczywie zaprzecza wersji byłych partnerek, przekonując, że to im zależało na utrzymywaniu kontaktu:Byłem zaskoczony tym, ile dziewczyn chce ze mną być i ile z nich chciało podróżować, aby spotkać się ze mną bez wcześniejszego poznania. Nie jestem tym potworem, na którego wszyscy mnie wykreowali - bronił się. Mężczyzna podkreślił także, że nigdy nie podawał się za "księcia diamentów", a swoją fortunę zdobył dzięki inwestycji w kryptowaluty:Faktycznie jestem biznesmenem. W 2011 roku zainwestowałem w bitcoin, który wtedy nie miał żadnej wartości, a nie muszę mówić, ile wart jest aktualnie - opowiadał i po raz kolejny zapewnił o swojej niewinności:Nie jestem oszustem i nie udaję kogoś, kim nie jestem. Ludzie mnie nie znają, więc nie mają prawa mnie oceniać - rozmowy włączyła się także jego siedząca obok ukochana, która wstawiła się za Levievem i wyraziła niedowierzanie co do krążących w mediach zarzutów:Jak ktoś może wymyślać tak nieprawdziwa historię? - dziwiła się izraelska modelka i dodała, że Simon nigdy nie próbował pożyczać od niej w jego słowa?Zobacz także: Alleged ‘Tinder Swindler’ Simon Leviev: ‘I’m the Biggest Gentleman in the World’Oceń jakość naszego artykułu:Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze jak można tak wymyślać?!? Dziewczyny pokazały tysiące rozmów i nagrania jak je „zmusza” (psychiczne napastowanie, krzyki) do wysyłania pieniędzy, spłacają jego wakacje i szampany, a tu taki brak pokory!!!! Nawet nie przeprosi! Nie spróbuje zarobić i im oddać, oczyścić imię… Bardzo brzydcy ludzieJasne, a świstak siedzi...Nie zdążył od niej pożyczyć to narcyz, oczy bez wyrazu, tam w srodu jest pustka! Bylam z kims takim kiedys. Rozpoznaje na odległość takich typów. Takiego typa nie można mierzyć swoją ludzką miarą. To zombi, ten koleś nie ma uczuć, wyrzutów sumienia, będzie robił z siebie ofiarę. Będzie kłamał w żywe oczy, odwracał kota ogonem, tu nawet dowody nie pomogą. To bardzo ciężki kaliber. Jak najdalej od takichNie zdążył od niej pożyczycNajnowsze komentarze (97)Same się pchają do łóżka, dają kasę a potem płacz. Ale o co komuś chodzi??? Prosił a one musiały dać??? Bo co im zrobi? Kończysz znajomość, usuwasz profil, zmieniasz nr tel czy coś tam jeszcze podawali sobie i żyjesz swoim życiem. A ludzie są naiwni wysyłają kasę kochasiom z własnej woli, dają kasę poznanym w sieci "żołnierzom" "marynarzom" fałszywym policjantom i innym a nie słychać było żeby stali wtedy z giwerą przy łbie... Czyli jednak z własnej woli dajesz obcym kasę a potem pretensje... Ten gość to mega mózg i ja mu biję brawo. Hahaha nie poprosił bo jeszcze za wcześnie. Poczekaj, aż znowu "zagrożą mu jego wrogowie" lub niespodziewanie dopadnie go jakieś życiowe nieszczęście 😂😂😂Ona jest modelka, w Izraelu nie juz ładnych kobiet?zdaje mi się, że tak właśnie wygląda dziś światNo a co tym diamentowym biznesem? Hahahdziwny jest ten świat, koleś jest złodziejem i oszustem, jest z Izraela i nikt na świecie nie wytacza mu procesu sądowego ??? Dlaczego????Ło matko o gustach się nie dyskutuje dla mnie to taki plastuś. Wierz mi chłopie ja też byłam w szoku 😁On sobie może przebić piątkę z wszystko inne, trzeba być fanką takiej urody. Mnie się bardzo nie podoba i nic by mnie nie zachęciło do bliższego obcowania z tym facetem. A nie pomysleliscie, że to aktor Bardzo przykre, jak bardzo powierzchowność może przyciągać … wielkie marki, drogie gadżety i od razu ktoś w naszych oczach staje się bardzo atrakcyjny ..:( Pierwsze skojarzenie jakie może nasuwać "Zbiór miłości niechcianych" Edyty Folwarskiej to połączenie serii Blanki Lipińskiej z reportażem "50 twarzy Tindera". Czy słusznie? *** 5 związków, 5 facetów, 5 słodko-gorzkich historii. Jak to w życiu bywa. Czyli najpierw zapowiada się kolorowo, a potem wiadomo, rzeczywistość weryfikuje. 50 twarzy Tindera Szukasz sensu na jedną noc? A może seksu na całe życie? Polizwiązku z kilkoma fajnymi osobami? Stałej, monogamicznej relacji? Dalej nie możesz znaleźć miłości? A może była, ale się skończyła?Na Tinderze możesz znaleźć to wszystko, a nawet Jędrusik korzystała z tej apki tak intensywnie, że momentami aż bolał ją kciuk od przewijania potencjalnych partnerów. I tylko raz umówiła się na randkę z fanem jej przygody na przemian chce się płakać i wybucha się śmiechem. Nie zdziw się jednak, gdy w przezabawnie opisywanych przez nią randkach, odnajdziesz portrety osób przypominające twoich twarzy Tindera to fascynujący autobiograficzny reportaż o poszukiwaniu bliskości, seksu i sensu, praktyczny poradnik randkowania i obsługi relacji damsko-męskich. Kategorie: Ebooki i Audiobooki » Beletrystyka i literatura faktu » Literatura faktu Język wydania: polski ISBN: 978-83-66232-29-7 ISBN druku: 978-83-66232-16-7 Liczba stron: 288 Sposób dostarczenia produktu elektronicznego Produkty elektroniczne takie jak Ebooki czy Audiobooki są udostępniane online po uprzednim opłaceniu (PayU, BLIK) na stronie Twoje konto > Biblioteka. Pliki można pobrać zazwyczaj w ciągu kilku-kilkunastu minut po uzyskaniu poprawnej autoryzacji płatności, choć w przypadku niektórych publikacji elektronicznych czas oczekiwania może być nieco dłuższy. Sprzedaż terytorialna towarów elektronicznych jest regulowana wyłącznie ograniczeniami terytorialnymi licencji konkretnych produktów. Ważne informacje techniczne Minimalne wymagania sprzętowe: procesor: architektura x86 1GHz lub odpowiedniki w pozostałych architekturach Pamięć operacyjna: 512MB Monitor i karta graficzna: zgodny ze standardem XGA, minimalna rozdzielczość 1024x768 16bit Dysk twardy: dowolny obsługujący system operacyjny z minimalnie 100MB wolnego miejsca Mysz lub inny manipulator + klawiatura Karta sieciowa/modem: umożliwiająca dostęp do sieci Internet z prędkością 512kb/s Minimalne wymagania oprogramowania: System Operacyjny: System MS Windows 95 i wyżej, Linux z MacOS 9 lub wyżej, najnowsze systemy mobilne: Android, iPhone, SymbianOS, Windows Mobile Przeglądarka internetowa: Internet Explorer 7 lub wyżej, Opera 9 i wyżej, FireFox 2 i wyżej, Chrome i wyżej, Safari 5 Przeglądarka z obsługą ciasteczek i włączoną obsługą JavaScript Zalecany plugin Flash Player w wersji lub wyżej. Informacja o formatach plików: PDF - format polecany do czytania na laptopach oraz komputerach stacjonarnych. EPUB - format pliku, który umożliwia czytanie książek elektronicznych na urządzeniach z mniejszymi ekranami (np. e-czytnik lub smartfon), dając możliwość dopasowania tekstu do wielkości urządzenia i preferencji użytkownika. MOBI - format zapisu firmy Mobipocket, który można pobrać na dowolne urządzenie elektroniczne ( Kindle) z zainstalowanym programem (np. MobiPocket Reader) pozwalającym czytać pliki MOBI. Audiobooki w formacie MP3 - format pliku, przeznaczony do odsłuchu nagrań audio. Rodzaje zabezpieczeń plików: Watermark - (znak wodny) to zaszyfrowana informacja o użytkowniku, który zakupił produkt. Dzięki temu łatwo jest zidentyfikować użytkownika, który rozpowszechnił produkt w sposób niezgodny z prawem. Brak zabezpieczenia - część oferowanych w naszym sklepie plików nie posiada zabezpieczeń. Zazwyczaj tego typu pliki można pobierać ograniczoną ilość razy, określaną przez dostawcę publikacji elektronicznych. W przypadku zbyt dużej ilości pobrań plików na stronie WWW pojawia się stosowny komunikat. Więcej informacji o publikacjach elektronicznych 5Ic6.